Dlaczego założyłam bloga

W lipcu 2007 znalazłam się w Ugandzie, aby pracować jako wolontariusz. Było to moim marzeniem od wielu lat, jednakże nigdy wcześniej nie miałam możliwości, aby się ziściło. Koszty mojego przyjazdu i pobytu na prawie 9 miesięcy to około $8000, jednakże wartość realizacji marzenia nie jest przeliczalna na $$$. Wielu moich przyjaciół w Polsce i w Australii pomogło mi finansowo, abym mogła się tu znaleźć, za co jestem im bardzo wdzięczna. Na tym blogu będę umieszczać wrażenia z mojego pobytu i pracy jako wolontariusz w organizacji "Bringing Hope To The Family".


Bieżące informacje z misji w Ugandzie (2010-2013):

poniedziałek, 17 września 2007

Odciski, wesele i róża dla żebraczki

Jak pisałam wcześniej, w lipcu przyjechali z USA wolontariusze z „Global Support Mission”. Głównym celem ich przyjazdu były prace budowlane przy nowym sierocińcu. Ich praca pozwoliła zaoszczędzić „Bringing Hope” około $400, które trzeba by było zapłacić za kopanie fundamentów pod nowy sierociniec. W związku z tym, że postanowiłam być częścią ich zespołu, uczestniczyłam również w tych pracach. Kopałam fundamenty i nosiłam worki z ziemią na właściwe miejsce. Muszę przyznać, że to niezwykle ciężka praca, w której oczywiście nabawiłam się odcisków na rękach oraz bólu kręgosłupa. Mam jednak satysfakcję, że brałam udział w takim szczytnym zadaniu. Wyrównywaliśmy też ziemię przy szkole zawodowej (gdzie uczę angielskiego), która znajduje się na wzgórzu 15 minut pieszo od domu dyrektorki organizacji. Słońce było bardzo intensywne, więc nie wytrzymaliśmy dłużej, niż kilka godzin. Przez kilka dni potem odczuwałam w moim kręgosłupie i rękach tę pracę, ale teraz to nie ma znaczenia, kiedy widzę jak budynek nowego sierocińca „rośnie w oczach”.

Na początku sierpnia byliśmy na weselu bratanka Faith. Przyjęcie było na kilkaset osób w dwóch miejscach: na terenie restauracji po południu i w ogrodzie przy domu rodziców wieczorem. Było bardzo pięknie. To było chyba najładniejsze przyjęcie weselne, na którym w życiu byłam. Dla Ugandyjczyków ślub jest wydarzeniem życiowym, dlatego organizuje się go z rozmachem, choć ten rozmach zależy oczywiście od zamożności rodziny, która finansuje wesele. Trwa kilka godzin w kościele i potem kilka godzin w restauracji lub na terenie ogrodu w domu rodzinym. Przyjęcie jest tylko z jednym posiłkiem i ciastem. Bez orkiestry, ale za to z wodzirejem, rzadko z tańcem i nie w parach, ale w grupie. Jest to wydarzenie nieco przypominające kulturowo nasze polskie tradycje weselne. Niemniej jednak byliśmy honorowymi gośćmi na tym weselu i jako 18 „Muzungu” zajmowaliśmy zaszczytne miejsca w kościele i na przyjęciach. Nie ma tu zwyczaju pocałunku pary młodych, gdyż całowanie się jest o ogóle „rzadko stosowane” w Ugandzie. Jak dowiedziałam się od Faith, narzeczeni lub małżonkowie raczej się nie całują, czasem rodzice całują dzieci w policzek lub w czoło. Rozumiem więc dlaczego ich tak to bawi, kiedy czasem posyłam całuski dzieciom. Kilka miesięcy przed ślubem spotykają się rodziny narzeczonych. Co ciekawe - nie tylko najbliższa rodzina, lecz również i dalsza rodzina (może być i 25 osób na takim spotkaniu), aby przedyskutować przyjęcie weselne. Na początku uzgadniają cenę za pannę młodą. Nie żartuję! Naprawdę mężczyzna musi zapłacić cenę, którą wyznacza rodzina panny młodej, dlatego w Ugandzie rzadko się zdarza, że młodzi ludzie około 20-25 lat się pobierają. Powodem jest to, że nie mężczyźni po prostu nie mają wystarczająco pieniędzy, aby „kupić” przyszłą żonę. Do rzadkości też należy „chodzenie” dłużej, niż kilka miesięcy. Niekiedy ktoś „poleca” dziewczynę znajomemu, mówiąc na przykład: „znam dziewczynę, która byłaby dobrą żoną dla ciebie”. I taki mężczyzna poznaje tę dziewczynę i jeśli mu się podoba to jej proponuje małżeństwo. Im dziewczyna jest gospodarniejsza i potrafi dobrze zadbać o dom, tym jest większa szansa dla niej wyjść za mąż. Często spotyka się tu małżeństwa „z rozsądku” bez tzw. „romantycznej miłości”. Ugandyjczycy przyjmują, że „miłość przyjdzie później” i tak naprawdę nie zależy od emocji, ale żeby dowieść troskę o rodzinę w praktyce i to jest według nich prawdziwa miłość. Nie uważają też „romantycznej miłości” jako koniecznej do zawarcia małżeństwa. Dowiedziałam się też ostatnio, że niewiele wiedzą o naturalnych metodach planowania rodziny, czy antykoncepcji. Edukacja tego typu wydaje się tu koniecznością, zwłaszcza dla młodych dziewczyn, gdyż wiele z nich „wpada”, choć nie musiałoby i potem niejednokrotnie zostają pozostawione samym sobie. Faith poprosiła mnie o poprowadzenie sesji tego typu w jej szkole zawodowej, okolicznych szkołach średnich i innych centrach pomocy, które prowadzą jej znajomi (obszar jakby jednego województwa). Wygląda więc na to, że przez kolejne miesiące będę bardzo zajęta :)

Na następny dzień po weselu (w niedzielę) pojechaliśmy około 300 km na zachód Ugandy na wycieczkę do Parku Narodowego na safari. Zatrzymaliśmy się tam na jedną noc w pięknym hotelu z elektrycznością i łazienką!!! Nie wyobrażacie sobie jaką radość i wdzięczność można odczuwać za te wynalazki cywilizacji! W pierwszy dzień po południu spędziłam prawie godzinę w wannie, a wieczorem jeszcze wzięłam prysznic, nie mogłam się wręcz nacieszyć tą możliwością, gdyż jak wiecie „prysznic” w wiosce polega na użyciu wody w misce :) Pojechaliśmy też oczywiście na safari, gdzie bezpośrednio z samochodu obserwowaliśmy słonie, antylopy, bawoły, lwy, małpy, ptaki i inne zwierzęta. W poniedziałek byliśmy na rejsie po rzece, aby obserwować hipopotamy i krokodyle. Pogoda była cudowna i wrażenia też. Bardzo byłam szczęśliwa, że nie musiałam ponosić kosztów wycieczki, gdyż ci Amerykanie zapłacili za mnie i za Faith. To niezwykłe z ich strony, gdyż nikt z nich nie jest zamożny. Każdy z nich, aby spędzić 2 tygodnie w Ugandzie jako wolontariusz musiał pracować wyjątkowo ciężko przez ostatnie pół roku, aby zaoszczędzić pieniądze na pokrycie kosztów wyjazdu. Dla wielu wydaje się to nie do pojęcia, że ktoś woli przeznaczyć swoje zaoszczędzone pieniądze na pracę na rzecz ubogich, zamiast spełnić jakieś swoje marzenie.

Wiem, że nikt z nas samotnie nie zapewni wyżywienia i odzieży dla wszystkich biednych w Afryce, czy choćby w Polsce, ale jestem pewna, że powinniśmy zrobić dla biednych chociaż to, co jest w naszej mocy. To wymaga często pewnego poświęcenia i odwagi, które wielu z nas ma w sobie, ale czasem jakoś nie pozwalamy temu wyjść na wierzch z powodu lęków, wygodnictwa lub zwykłego braku współczucia i chęci zaangażowania się. Czasem jesteśmy też zbytnio przytłoczeni naszymi własnymi i rodzinnymi problemami, chorobami, czy frustracjami, żeby się jeszcze interesować sąsiadami w potrzebie lub tym bardziej nieznajomymi w Afryce. Jednakże ja mimo wszystko chcę Was zachęcić do rozejrzenia się wokół, aby zaspokoić czyjąś potrzebę, żeby zostawić po sobie dobry ślad w czyjeś pamięci, że się zainteresowaliśmy, że nie przeszliśmy obojętnie.

Jest historia o pewnej kobiecie, która każdego dnia żebrała pod kościołem. Pewnego dnia ktoś zamiast pieniędzy, dał jej różę. Nigdy już więcej nie widziano tej kobiety żebrzącej pod kościołem. Po kilku latach kobieta ta przyszła do księdza w tej parafii i opowiedziała swoją historię. Wyznała, że ta podarowana róża zmieniła kierunek jej życia, bo była dla niej znakiem, że ktoś potraktował ją jak człowieka, który zasługuje na coś lepszego niż żebranie. Poczuła, że jednak jest coś warta. Wróciła jej nadzieja. Zaczęła więc szukać pracy. Najpierw zaczęła pracować jako kitchen-hand, potem skończyła kurs kucharza i znalazła pracę szefa kuchni w restauracji. Kolejno skończyła kurs cateringu i postanowiła otworzyć własną restaurację. Po kilku latach była właścicielką sieci restauracji. Jej życie zmieniło się przez „drobny” gest pewnej osoby. Słyszałam też inną historię. Pewien mężczyzna pomógł swojej sąsiadce nieść zakupy do domu, kiedy zobaczył, jak się z nimi trudzi, a ona potem zaprosiła go na kawę. Po miłej rozmowie rozstali się przyjaźnie. Przez jakiś czas się nie widzieli. Pewnego dnia spotkali się na ulicy. Kobieta ta powiedziała: „czy wiesz, że tamtego dnia ocaliłeś moje życie?” On zapytał: „w jaki sposób, przecież nie zrobiłem nic szczególnego?” Ona więc wyjaśniła: „wspomnianego dnia planowałam, jak mam się zemścić na mojej znajomej, przez którą straciłam pracę i wymyśliłam naprawdę perfidny plan. Jednakże po rozmowie z tobą postanowiłam jej darować i zostawić tę sprawę sprawiedliwości losu”. Mężczyzna stwierdził: „ale przecież nie rozmawialiśmy na ten temat”. Kobieta odpowiedziała: „wystarczył twój szlachetny gest, abym obudziła się i zobaczyła, że są jeszcze dobrzy ludzie na świecie. Tego dnia postanowiłam bowiem zrobić coś naprawdę podłego, ale twoja serdeczność powstrzymała mnie i ocaliła przed stratą tego, co najcenniejsze: spokoju sumienia”. Jest też opowiadanie o psie, który był zamknięty w pomieszczeniu z lustrami. Pies ten zobaczył „inne psy” wokół siebie i zaczął szczerzyć zęby i warczeć. Wszystkie odbicia sprowokowały go do jeszcze większej wsciekłości, a wystarczyło, żeby pomerdał ogonkiem. Miałam pewną sytuację w Australii, kiedy prowadziłam samochód, że pewna kobieta zajechała mi drogę. Spojrzałam na nią ze złością, a ona na mnie w taki sposób, jakby to nie była jej wina. Po czym uśmiechnęłam się do niej, a ona przepraszająco uśmiechnęła się do mnie i każda odjechała w swoją stronę bez złości. Piszę tu o drobnych gestach, żeby zmienić nasze otoczenie.

Zaczęła się jesień w Polsce: szaro buro, zimno, dziwactwa rządowe, pies sąsiada szczeka całą noc, nie wszystko idzie po naszej myśli, ale ja i tak wierzę, że jesteśmy w stanie znaleźć w sobie wystarczająco wiele serdeczności, żeby ją okazać nieznajomym, wystarczająco wiele współczucia, żeby zostawić po sobie miłe wspomnienie w czyjejś pamięci lub nawet zmienić czyjś los, wystarczająco wiele zaangażowania, aby ożywić czyjąś nadzieję, wystarczająco pieniędzy, aby kupić różę żebraczce...

Rozejrzyjmy się więc wokół siebie, czy możemy coś więcej zrobić dla swoich bliskich, dla swoich przyjaciół lub dla obcych w potrzebie. Zakres tego często nie zależy tylko od naszej zamożności, ale od gotowości serca, talentów, czasu i poświęcenia. Zobaczmy, co możemy zrobić i zróbmy to. Przypomina mi się tu historia mojej koleżanki, która kierowana współczuciem zorganizowała zbiórkę pieniędzy dla kolegi z pracy, który straciwszy wszystko w wyniku pożaru, został tylko z tym, co miał na sobie. Załamał się i nie widział dla siebie wyjścia z tej beznadziejnej sytuacji, gdyż nie miał rodziny, ani przyjaciół, na których mógłby liczyć. Koleżanka ta uzbierała dla niego od swoich znajomych w kilka dni 500 Euro, które wystarczyły na depozyt za wynajęcie mieszkania, aby mógł zacząć od nowa. Płakał z radości, nie dowierzając, że ktoś obcy zrobił coś takiego dla niego. Bowiem osoby, które dały pieniądze, nawet nie znały tego chłopaka. Byłam bardzo zainspirowana i zawstydzona, kiedy ta koleżanka powiedziała mi o tym, bo nie jestem pewna, czy w ogóle jakoś bym zareagowała w podobnej sytuacji.

Czasem mówimy (ja też), gdy widzimy lub słyszymy o kimś w potrzebie: „co ja mogę zrobić?” Jednakże coraz bardziej zaczynam się przekonywać, że możemy wiele, tylko nam się nie chce...

środa, 5 września 2007

Ogólne spostrzeżenia

Poniżej zamieściłam wiele wolnych spostrzeżeń bez jakiegoś szczególnego głównego wątku, ale mam nadzieję, że będzie to dla Was interesujące.

„Briging Hope” ma pod opieką sierociniec z dwudziestoma dziećmi oraz prowadzi szkołę zawodową z internatem dla młodzieży z biednych rodzin. Prowadzi też małą przychodnię z jednym lekarzem, dwoma pielęgniarkami i jednym laborantem. Ostatnio na topie potrzeb pojawiła się bateria słoneczna w domu Faith, bo ciemność każdego dnia po zachodzie słońca (około 19:30) jest przygnębiająca. Mamy „jasno” (nadal jest to półmrok) dzięki kilku lampom oliwnym. Bateria kosztowałaby około $2000. Zresztą marzeniem Faith jest mieć baterie słoneczne również w biurze, w szkole zawodowej i w sierocińcu. Gdybyście zobaczyli warunki życia dzieci w sierocińcu, to sądzę, że ścisnęło by wam się serce. Jest to budynek niewykończony, gorszy niż nasze obory, czy stajnie, gdzie są tylko wstawione łóżka piętrowe. Oczywiście jest ich marzeniem, oprócz baterii słonecznej, mieć nowy budynek i meble, ale organizacja nie ma wystarczająco pieniędzy. Mimo wszystko tryska z tych dzieci wiara w przyszłość oraz wielka wdzięczność „Bringing Hope” za to, że mają dom. Gdyby ona ich nie przygarnęła, żyliby na ulicy, pozostawione samym sobie, kradnąc jedzenie i nie chodząc do szkoły. Zwykle sierotami opiekuje się dalsza rodzina, przygarniając ich do siebie, ale są i tacy, który nie mają żadnej rodziny, która by się nimi zajęła, albo dalsza rodzina nie ma środków finansowych na wyżywienie jeszcze jednej osoby.

Miejscowi są tu bardzo przyjaźni, dzieci stale machają, uśmiechają się i chcą, żeby się z nimi bawić. Dzieci bardzo biedne w brudnych, podartych ubrankach. Tak bardzo mi ich żal i zastanawiam się, co ja mogę dla nich zrobić. Mam kilka pomysłów, ale niektóre wymagają nakładów finansowych, choć stosunkowo niewielkich, ale moje środki są ograniczone. Ceny wielu rzeczy są takie same jak w Polsce. Chciałabym móc dać każdemu dziecku w wiosce kredki i kolorowankę. Tego wielu z nich nawet na oczy nie widziało, nie mówiąc już o zabawkach, bo nie mają ich wcale. Ja, jako „Muzungu” jestem wszędzie bardzo serdecznie przyjmowana. Dzieci w wiosce i dziewczęta w szkole zawodowej stale się do mnie przytulają, jak tylko przychodzę. Nauczyłam się paru wyrażeń w ich języku (Rutoro), co wprawia ich w zachwyt. Nauczyłam ich też przesyłać całuski, co ich strasznie śmieszy i bawi. Muszę się też przełamywać, kiedy wkładają swe brudne ręce w moje ręce, lub kiedy mnie obejmują lepkimi rączkami. Ja zawsze miałam obsesję „czystych rąk”, które starałam się myć tak często, jak mogłam. Tutaj nie mam takiej możliwości, bo czyste ręce po chwili stają się znów brudne, gdyż kurz jest wszędzie.

Kilka dni temu obudziłam się w nocy, gdyż poczułam, że coś łazi po mnie. Był to szczur!!! Nie zareagowałam jak „prawdziwa kobieta” piszcząc, bo nie chciałam obudzić pozostałych domowników, ale wygoniłam go z mojego łóżka i bardzo starannie okryłam się moskitierą. Mieliśmy trzy szczury w domu, ale już je pozbawiliśmy życia. Z innych przygód to przy domu mamy koguta, który budzi nas codziennie około 5:30, piejąc trzy razy co 15 minut. Poza tym przez jakiś czas mieliśmy w domu roczną sierotkę, która często nocy płakała, więc ostatnio trochę niedosypiałam. Jednakże kilka dni temu dostałam zatyczki do uszu, więc już teraz dobrze śpię, aż do 7:00 :)

Ludzie na wsiach utrzymują się głównie z własnych plonów ziemi. Uprawia się tu głównie ziemniaki, słodkie ziemniaki, kasawę (smakuje jak ziemniaki), kapustę, marchew, cebulę, banany słodkie i takie bez smaku (matoki), które po ugotowaniu smakują prawie jak ziemniaki, fasolę, awokado i pomidory. Codziennie jemy fasole, ziemniaki oraz coś takiego jak naleśniki, tylko twardsze i nie słodkie (czapati), ryż, kapustę i czasem inne z wymienionych wyżej oraz czasem mięso, najczęściej wołowinę i wieprzowinę. Z owoców to jemy głównie: banany i ananasy (są bardzo słodkie), papaję oraz coś takiego co nazywa się jackfruit (dżekfrut), ale mi to nie smakuje, ma dziwny smak, jakby zepsuty banan. Poproszono mnie też o ugotowanie czegoś, więc ugotowałam kopytka oraz leczo. Nauczyłam ich też, jak zrobić biały ser z krowiego mleka, który niestety smakował tylko kilku osobom, które potem żartowały, że z tego sera zrobią trutkę na szczury :)

Jest tu mnóstwo potrzeb finansowych. Zauważyłam, że niektóre dziewczyny ze szkoły zawodowej nie maja butów lub zbyt wiele ubrań. Nie noszą biustonoszy, bo nie maja, a „mają czym oddychać”. Wiec myślałam też, żeby im kupić biustonosze, buty, materiały na sukienki, ale nie mam wystarczającej ilości pieniędzy, więc gdyby ktoś z czytających poczuł się zainspirowany do ofiarowania jakieś kwoty na te cele lub inne, proszę o kontakt na maila. Dziewczyny uczą się krawiectwa, wiec mogłyby sobie coś uszyć, co byłoby taniej. Dyrektorka organizacji ma wiele pomysłów, marzeń i wizji, co chciałaby zrobić dla tej społeczności. Mają przyjść jakieś znaczne pieniądze z USA, za które będzie budować nowy budynek dla sierocińca i szpital. Jednym z jej marzeń jest mieć projektor. Gdybyśmy go mieli, można by robić wiele inicjatyw edukacyjnych, głównie w szkołach. W naszej wiosce mieszka około 1000 dorosłych i około 4000 dzieci. Takie proporcje są w większości ugandyjskich wiosek, gdyż jedna rodzina ma średnio pięcioro i więcej dzieci. Szczególnie, że mężczyźni mają czasem oprócz żony inne partnerki seksualne, w związku z czym, jeden mężczyzna może mieć i kilkanaścioro dzieci. Zmierzam do tego, że szkoły podstawowe na wioskach są bardzo liczne, wobec czego organizowanie inicjatyw edukacyjnych w szkołach (szczególnie o temacie AIDS) miałoby ogromny wpływ na młode pokolenie. W grudniu będzie tu konferencja młodzieżowa (ok. 1000-2000 osób). Moglibyśmy mieć niezwykły wpływ na tę młodzież, wyświetlając filmy edukacyjne. Taki projektor kosztowałby około $1500. Czy możecie sobie wyobrazić osoby z wiosek, które cale życie żyją bez elektryczności, telewizorów i komputerów, kina, teatru itp., które nagle mają możliwość dotknąć tego, co dla nas jest codziennością? Procent społeczności ugandyjskiej, która skończyła uniwersytet nie przekracza 20%, szkoły średniej – 40%, kursów zawodowych – 50%. Szkoły podstawowe są rządowe, czyli bezpłatne, ale za kolejne stopnie edukacji trzeba płacić, a ludzie są biedni. Dzieci i młodzież mają też wiele obowiązków po szkole w domu, wiec nie mają nawet czasu, żeby się uczyć. Nie ma sieci wodociągów, więc wodę trzeba nosić ze źródeł. Tak wiec, kończąc podstawówkę, niektórzy nawet nie potrafią dobrze liczyć, nie mówiąc już o innych umiejętnościach. Nie rozwija się tu też specyficznych zdolności dzieci i młodzieży. Marzy mi się użycie projektora także w tym celu (mam parę pomysłów). Dużym problemem jest nieznajomość języka angielskiego, który jest językiem urzędowym. Wobec tego ludzie mają ograniczone możliwości zdobycia pracy. Dlatego cieszę się ogromnie, że jestem w miejscu ich potrzeb: uczę angielskiego 55 osoby ze szkoły zawodowej. Niebawem zacznę uczyć języka angielskiego kilkaset dzieci z dwóch szkół podstawowych jakie mamy w wiosce. Czuję się świetnie w roli nauczycielki, choć dość trudno uczyć tych, którzy nie znają nawet podstaw angielskiego, ale widzę, że jest to możliwe. A moi uczniowie są za to wdzięczni. Dyrektorka (musze kiedyś o niej napisać więcej, gdyż jest niesamowitą osobą), potrzebuje asystentki, bo jest przepracowana. Wobec tego, ze znam się na komputerze oraz znam zasady prowadzenia biura, szkolę jej potencjalne asystentki.
Wśród wolontariuszy, którzy byli tu w lipcu i sierpniu był 25-letni Amerykanin – Travis, który przyjechał do „Bringing Hope” na miesiąc jako wolontariusz w 2004 i po powrocie do domu, zainspirowany przez swe doświadczenia, założył non-profit organizację charytatywną „Global Suport Mission” (zobaczcie stronę internetową http://www.globalsuportmision.com/ są tam filmy i zdjęcia m.in. z mojego obecnego otoczenia). Travis jest tutaj od czerwca, a z Ugandy jedzie do innej organizacji w Kenii w połowie sierpnia. Travis zrezygnował z pracy, aby się poświęcić zdobywaniu funduszy dla takich organizacji jak „Bringing Hope” w wielu biednych krajach w Afryce i Azji oraz wysyłaniu wolontariuszy do tych organizacji. Taka osoba jak on, jest dla mnie wielką zachętą.

Ugandyjczycy, oprócz nadanego im przez rodziców imienia, mają także inne – jedno ze specjalnych 12 imion, które mają specjalne znaczenie. To imię używa młodsza osoba, zwracając się do starszej, gdyż ze względu na respekt, nie może zwracać się do niej po imieniu. Postanowiono więc i mnie nadać specjalne imię i chciano mnie nazwać „Aboli”, co znaczy „ukochane dziecko” (takie imię ma dyrektorka), ale znając kilka z nich, wybrałam sobie „Akiki”, bo podoba mi się jego znaczenie – „zdobywca narodów”. To imię z przeznaczeniem. Wierzę, że są tu dla mnie pola do zdobycia w tym szczególnym miejscu, gdzie się znalazłam.
Czuję się tu dość bezpieczna, a wszyscy się o mnie troszczą i odnoszą z szacunkiem. Cieszę się, że tu jestem i czuję się tu coraz bardziej jak u siebie.