Właśnie siedzę na niewygodnym stołku w nowym budynku domu dziecka. Prace wykończeniowe posuwają się w wolnym tempie, gdyż wskutek trzykrotnego wzrostu cen paliw w Ugandzie, wzrosły również koszty transportu i z tego powodu część murarzy nie wróciła do pracy po przerwie świątecznej. Niestety oprócz tego, że paliwo jest kilkakrotnie droższe to na dodatek nie można go dostać. Jest to bardzo trudna sytuacja dla całej ludności Ugandy, a także innych krajów, które kupowały paliwo z Kenii. Wzrosły bowiem ceny wszystkiego. Tak mnie to boli, bo ci ludzie i tak są biedni, a teraz na wszystko wydawać znacznie więcej. Uganda oraz kilka ościennych krajów kupujących paliwa z Kenii, przeżywa kryzys gospodarczy, który jest konsekwencją zamieszek w Kenii. Po wyborach prezydenckich rozgorzały walki w Kenii zainicjowane przez opozycję. Wskutek tego do tej pory zginęło kilkaset osób.Kilka dni temu przybyli do domu Faith misjonarze z Kanady, którzy wcześniej przebywali w Kenii. Kilkoro z nich jest przyjaciółmi Faith. Opowiadali, jak makabryczne rzeczy się dzieją teraz w Kenii, o czym nawet prasa nie pisze. Walki i rozruchy są właściwie w całej Kenii i o dziwo tam również nie ma paliwa. Ci ludzie przeszli prawdziwe trudności w przebyciu całego dystansu przez Kenię i dotarciu do granicy. Narażali swe życie, gdyż różne bandy czatują przy drodze. Jest na szczęście też dużo wojska, które stara się utrzymywać jako taki spokój. Mają teraz wziąć udział w kilku konferencjach w Ugandzie i za jakiś czas planują wrócić do Kenii, o ile będzie tam spokojniej.
Ci misjonarze zostają z nami tylko do najbliższej niedzieli, planując powrót do Kenii, gdzie zamierzają zostać do kwietnia. Jest wśród nich małżeństwo, które finansowo adoptowało dwóch chłopców z domu dziecka – Johna i Enocha. Były to pierwsze dzieci domu dziecka. Właśnie w czasie pierwszego pobytu tych misjonarzy w BH trzy lata temu, John pochował swego ojca, który zmarł wskutek AIDS. Jego mama umarła wcześniej. Nie miał absolutnie nikogo, kto by się o niego zatroszczył. Jedyny bliski krewny - dziadek, zaraz po pogrzebie wyrzucił Johna i jego siostrę z domu. Faith nie planowała wtedy prowadzić domu dziecka, ale kiedy John przyszedł do niej prosząc o pomoc, po prostu go przygarnęła do siebie i umieściła w walącym się budynku szkoły zawodowej (gliniany dom 2m na 2m), gdzie przebywało również kilka dziewcząt, ucząc się krawiectwa. Ewa, obecna opiekunka domu dziecka, była wtedy jedną z uczennic tej szkoły. W ciągu trzech kolejnych lat bezdomne dzieci zaczęły przychodzić do Faith, które zaczęła umieszczać w nowym, ale ciasnym budynku. W chwili obecnej jest 35 mieszkańców domu dziecka, ulokowanych w 5 małych pokojach oraz tym starym glinianym domu. Planujemy już na dniach przeprowadzkę do nowego domu dziecka.
Jak pisałam na początku, jestem właśnie w nowym budynku domu dziecka, ciesząc się darmowym dostępem do źródła energii, gdyż mamy już zamontowaną baterię słoneczną! Radość z jej posiadania wyrażają codziennie dzieci, które czują się niesamowicie dumne, że jako jedyni we wsi mają prąd. Bateria słoneczna została zainstalowana przed świętami, ale było tylko światło. Nie było jeszcze prądu w gniazdkach, które właśnie przedwczoraj zostały zamontowane i już nie musimy się martwić cenami paliwa, bo możemy zasilać laptopy w domu dziecka oraz korzystać z darmowego Internetu :)
Dziękujemy sponsorom baterii słonecznej! Musimy znaleźć jeszcze tylko 900zł na zamontowanie alarmu, bo okazuje się, że taka bateria to niezły kąsek dla złodziei. Dwa dni temu jeden taki niedoszły złodziej został złapany przez chłopców z domu dziecka i zaprowadzony na policję. Tak więc apeluję kochani, jeśli by ktoś miał na sercu wysłanie tej kwoty na zabezpieczenie baterii – będziemy wdzięczni!
Niedługo zacznie się mój ostatni tydzień w Ugandzie. Nie wiem wprawdzie, kiedy dokładnie wylecę, gdyż mój bilet lotniczy jest przez Nairobi w Kenii, a jak pisałam wyżej jest tam niebezpiecznie w tym czasie. Nie mam więc jeszcze zarezerwowanego biletu. Oczywiście nie opuszczę Ugandy bez zakończenia projektu domu dziecka. Muszę dopilnować, że wszystko jest zgodnie z moimi oczekiwaniami – najlepiej, jak tylko może być dla dzieci, które codziennie się mnie pytają: „ciociu Akiki, kiedy się wprowadzimy?”
Wszystko, co pisałam powyżej, zostało napisane tydzień temu, jednakże wskutek gwałtownego pogorszenia się mojego samopoczucia, nie zostało dokończone. Niestety zachorowałam na malarię. Po świętach bolał mnie kręgosłup i kręciło mi się w głowie, ale myślałam, że to wskutek zmęczenia pracami związanymi z moim projektem. Następnie zaczął mnie boleć kark w taki sposób, jak czasem boli, bo źle się spało. Do tego dołączyła się nieopisana senność i zawroty głowy, ale nikomu nic nie mówiłam, czekając na poprawę. Kiedy jednak dostałam dreszczy w bardzo ciepły dzień, zrozumiałam, że od dwóch tygodni miałam objawy malarii. Wskutek nieleczenia malarii od samego początku, pasożyt zdążył się już znacznie namnożyć, dlatego zaczęłam cierpieć więcej dolegliwości, które z czasem już trudno było odróżnić od skutków ubocznych leków. Miałam wysoką gorączkę przez kilka dni. Mdłości i wymioty. Ból w klatce piersiowej. Koszmary senne (ponoć jest to typowe dla malarii). Ogólne osłabienie. Bóle głowy i oczu, nawet moje łzy były toksyczne, gdyż kiedy płakałam z bólu, bardzo mnie piekły na twarzy. Miałam (i mam do tej pory) swędzącą wysypkę na całym ciele i liszaje na twarzy, nie wspominając o grzybicy ust i dłoni oraz braku apetytu, a także opuchliźnie na nogach i rękach. Najbardziej chyba jednak przykre były bóle mięśni i stawów. Jednego dnia nie była w stanie podnieść widelca z jedzeniem do ust, ani się uczesać, ani nawet przejść parę kroków, gdyż miałam ból w absolutnie każdym stawie. Nadal mam ból w nadgarstkach, nawet pisanie na klawiaturze sprawia mi ból.
W tym czasie bycia w łóżku, zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo samotni się czują chorzy i jak bardzo potrzebują naszego towarzystwa. Zawsze byłam bardzo aktywna i nieczęsto chorowałam. W tym czasie choroby zrobiono mi niespodziankę, gdyż dzieci z wioski przyszły do mnie i przez godzinę śpiewały dla mnie i tańczyły. Widzicie ich na zdjęciu :)
Choć więc nadal cierpię z powodu malarii i codziennie mam jakiś nowy ból w jakiejś części ciała, a także doświadczam wielu trudności życia w Afryce, to jednak wiem, że nie ma niczego, co mogłoby mnie trwale zatrzymać w drodze, w którą wyruszyłam…