Dlaczego założyłam bloga

W lipcu 2007 znalazłam się w Ugandzie, aby pracować jako wolontariusz. Było to moim marzeniem od wielu lat, jednakże nigdy wcześniej nie miałam możliwości, aby się ziściło. Koszty mojego przyjazdu i pobytu na prawie 9 miesięcy to około $8000, jednakże wartość realizacji marzenia nie jest przeliczalna na $$$. Wielu moich przyjaciół w Polsce i w Australii pomogło mi finansowo, abym mogła się tu znaleźć, za co jestem im bardzo wdzięczna. Na tym blogu będę umieszczać wrażenia z mojego pobytu i pracy jako wolontariusz w organizacji "Bringing Hope To The Family".


Bieżące informacje z misji w Ugandzie (2010-2013):

poniedziałek, 22 października 2007

Projekt "Nowy Dom Dziecka - Nowa Nadzieja"


Tym razem chcę się z Wami podzielić pomysłem pewnego projektu, który przygotowałam i wierzę w jego realizację z Waszą pomocą. Projekt ten nosi nazwę „New HomeAgain – New Hope” („Nowy Dom Dziecka – Nowa Nadzieja”). Wielu z Was otrzymało ode mnie mailem opis tego projektu, ale wiem, że są i tacy, których nie znam, a którzy są czytelnikami mojego bloga. Dla nich więc opisuję w tym poście mój projekt, zachęcając do włączenia się weń.

W projekcie tym zamierzam zgromadzić do grudnia 25 tys. zł na wykończenie nowego domu dziecka. Mam przekonanie w sercu, ze jest to bardzo realne, choć niektórzy mogą zapytać: "czy ona zwariowała, tyle pieniędzy w dwa miesiące?" Chcę w ten projekt zaangażować wszystkich moich znajomych w Polsce, USA i Australii. Widzę, ze pieniądze przyjdą małymi strumykami, aż zgromadzą się w rzekę o łącznej wartości 25 tys. zł. Jest wiele potrzeb nowego domu. Organizacja ma pieniądze tylko na budowę tego nowego budynku, ale nie ma teraz pieniędzy na jego wykończenie. Oczywiście z jednej strony można by czekać kilka miesięcy, aż organizacja zgromadzi te pieniądze, albo pozwolić dzieciom przeprowadzić się do niewykończonego budynku, co zamierzała zrobić Faith. Ale ja tego nie chcę. Kocham te dzieci i chcę dla nich czegoś wyjątkowego. Chciałabym, żeby te dzieci będąc sierotami, miały chociaż najładniejszy dom w całym województwie (bo tak będzie jeśli ten budynek zostanie wykończony). Chcę, by wszyscy przychodzili oglądać ten „dom Muzungu”, gdyż taki standard, jaki chce im zapewnić, jest czymś normalnym dla nas, dla nich jednak będzie czymś wyjątkowym, czego nawet w życiu na oczy nie widziały. Czy to niewłaściwe, że mam takie pragnienia? Żal mi bardzo tych dzieci. Jest moim marzeniem zobaczenie tych dzieci, świętujących Boże Narodzenie w ich Nowym Domu. Wielu z Was widziało zdjęcia warunków, w jakich żyją te dzieci. Prawdę mówiąc, zdjęcia nie oddają rzeczywistości w pełni i zapachu, który jest również nieprzyjemny, szczególnie w tym budynku, który wygląda na zewnątrz jak obora. Dzieci nie mają pościeli, śpią pod szorstkimi kocami bez poduszek, bez piżam, ale w tych swoich podartych ubraniach. Śpią po 2 osoby często na jednym łóżku. Śpią też w korytarzu na materacach, więc nawet nie mają własnego łóżka, nie mówiąc już o własnym pokoju. Nie mają miejsca zwanego „prysznicem”, aby wziąć miskę z wodą i się umyć. Na wszystkie dzieci są tylko 3 miski! Chciałabym, abyście to mogli zobaczyć, bo taki widok poruszyłby nawet niewrażliwe serce.

Przygotowałam listę potrzeb, gdzie znajduje się 54 pozycji niezbędnych rzeczy, które muszą znaleźć się w nowym domu dziecka. W projekcie tym chcę, aby osoby przekazały pieniądze na wybraną rzecz z listy lub po prostu przekazały pewna kwotę bez konkretnego przeznaczenia, lecz do mojej decyzji. Natomiast ja odnotuję nazwisko danej osoby i kwotę, którą przekazała i potem jak już otrzymam informacje zwrotne od wszystkich ofiarodawców (spodziewam się, że niektórzy dadzą pieniądze na konkretny cel, niektórzy nie) i wtedy zobaczę jakie są te rzeczy, na które nie przyszły pieniądze z przeznaczeniem i te pieniądze bez przeznaczenia właśnie podzielę na te pozostałe rzeczy, tak wiec każdy z ofiarodawców będzie wiedział, na co poszły jego/jej pieniądze. Następnie potem poproszę wszystkich ofiarodawców o przysłanie mi zdjęć, gdyż w tym domu zamierzam powiesić zdjęcia ofiarodawców z zaznaczeniem, co dany ofiarodawca zasponsorował, np. „Jan Kowalski, Poland, 2 Beds”. I zdjęcie Janka Kowalskiego będzie wisiało w tym pokoju, gdzie te łóżka się znajdą. Spodziewam się, że niektórzy ofiarodawcy nie będą chcieli dać swego zdjęcia. Jednakże dla tych dzieci jest niezwykle ważne, aby zobaczyć, ze ich nowy dom ma wiele twarzy. Wiele twarzy ludzi, którzy podzielili się z nimi swoimi pieniędzmi, wyrażając swą troskę o te dzieci. Wiecie, co to znaczy dla tych sierot? „Nie jestem zapomniany, nawet są osoby za granicą, którym na mnie zależy”. Takie zdjęcie będzie dla nich motywacją: „choć jestem sierotą, stale mogę coś w życiu osiągnąć, bo komuś na mnie zależy”. Myślę, że chyba wszystko z grubsza wyjaśniłam o tym projekcie. Jeśli macie jakiś znajomych, którzy prawdopodobnie chcieliby się również włączyć do tego projektu, to proszę powiadomcie ich.

Proszę Was, abyście o tym projekcie pomyśleli jako o prezencie świątecznym dla sierot w Ugandzie. Średnio płacimy za prezenty świąteczne dla naszych bliskich 20-100zl. Może niektórych powstrzymuje myśl o możliwości przekazania tylko małej kwoty. Niech jednak nie zniechęca Cię ta mała kwota. Zachęcam więc Was do wsparcia tego projektu, abyśmy zostawili po sobie ślad w Ugandzie, przede wszystkim w sercach tych dzieci.

Wszystkich zainteresowanych proszę o kontakt na maila, abym mogła wysłać listę potrzeb oraz podać szczegóły, jak przesłać pieniądze.

poniedziałek, 15 października 2007

Trochę o kulturze


Wspomniałam, że napiszę pewnego razu, czemu nie chciałabym poślubić Ugandyjczyka. Rola kobiety jest w krajach afrykańskich inaczej postrzegana, niż na Zachodzie. Pozwólcie, że napiszę nieco na ten temat. Kiedy Ugandyjka pozdrawia mężczyznę i chce z nim porozmawiać, musi uklęknąć kolo niego, czasem nawet na oba kolana. Potem oczywiście może usiąść na krześle. Kobiety głównie gotują i opiekują się dziećmi, czasem pracują zawodowo (głównie w miastach). Jednakże po pracy są zobowiązane zająć się domem. Mężczyzna rzadko pomaga. Jeśli mężczyzna wraca do domu, kobieta musi go przywitać, klękając. Natomiast jeśli kobieta wraca do domu, to nie mężczyzna ją pozdrawia, ale ona jest zobowiązana, przyjść do niego i klękając, pozdrowić go. Mężczyzna może wyjść z domu bez mówienia, dokąd idzie, natomiast kobieta musi zawsze wyjawić cel swego wyjścia. Kiedy jedzą posiłek, kobieta usługuje i nakłada jedzenie na talerze, zaczynając od mężczyzny. Rodzina je posiłek często w ciszy. Dzieci nie mają prawa się odzywać w czasie jedzenia. Dzieci zawsze muszą klękać przed dorosłymi, aby ich pozdrowić, tak kobietami, jak i mężczyznami. I nie ważne, czy pada deszcz, czy się pobrudzą, czy nie, klękają na oba kolana.

Kiedy rozmawiają – nie podnoszą głosu. Nie wypada się też kłócić. Mówią bardzo cicho do siebie. Kiedy rozmawiają, są bardzo ciepli dla siebie nawzajem. Nie wiem, jak to określić, ale tego rodzaju mówienie, kojarzy mi się z przytulaniem pluszanki :) Myślę, że to moglibyśmy zaadaptować do naszej kultury.

Nie pozdrawiają kogoś, jeśli nie znają jego "pet name", o czym pisałam jakiś czas temu. Jest to bardzo dziwne dla mnie. Kiedyś byłam na targu z Faith, która spotkała swoją znajomą. Ta nawet na mnie nie spojrzała, ani sie nie przywitała. Było to według mnie bardzo niegrzeczne. Zapytałam więc potem Faith, czemu jej znajoma się tak zachowała, a Faith powiedziała, że nie jest w zwyczaju pozdrawiać osób, jeśli nie zna się tego specjalnego "pet" imienia. Pomyślałam, że przecież zawsze można zapytać. Faith dodała, że tylko w sytuacji kiedy ona by mnie przedstawiła, ta znajoma by się ze mną przywitała. Bardzo ciekawe.

Kulturą jest też „nie śpieszyć się”. Szczególnie kobiety są zobowiązane do chodzenia bardzo wolno. Nie jestem w stanie opisać jak bardzo jest to wolno, powiem: „niebywale wolno”. Nikt tak nie chodzi w Polsce, nawet na spacerze. Nie wypada kobiecie chodzić szybko, zresztą mężczyźnie też. Kiedy znajomi się widzą na ulicy z dystansu, nie powinni do siebie krzyczeć „dzień dobry”, lecz powinni się pozdrowić, kiedy są blisko siebie. Nawet jeśli ktoś odwiedza nas w domu i widzimy go/ją w odległości 2 m, nie może powiedzieć „dzień dobry”, ale musi przyjść bardzo blisko i podać rękę. Potem następuje cała grzecznościowa wymiana pozdrowień: „dzień dobry, jak się masz, a jak ci się spało, jak się miewa rodzina”, itp. dopiero potem osoba przystępuje do rzeczy, lub odchodzi. Wymiana zdań również następuje jakby w zwolnionym tempie. Ugandyjczycy wszystko robią niezwykle wolno (tylko samochody prowadzą niezwykle szybko). Nie da się tego opisać, jak bardzo wolno. To jest zupełnie inny świat, niż nasze realia bycia ciągle w pośpiechu. Zwykle wieczorem proszę którąś z dziewczyn o przyniesienie mi wody na umycie się. Nieraz zabiera im to i kilkanaście minut bez wyraźnego powodu. Rano dziewczyny mają pewne obowiązki w domu, które zabierają im dwa razy więcej czasu, niż zabrałyby przeciętnej Polce.

We wrześniu obchodziliśmy 7 rocznicę Bringing Hope. Ja byłam odpowiedzialna za sprawy organizacyjne i przygotowanie kolacji. Miałam dopilnować, żeby miejsce było ustrojone i jedzenie było gotowe na czas. Było to wyzwanie, które kosztowało mnie wiele nerwów. Dziewczyny obierając ziemniaki, co chwilę się zatrzymywały w wykonywaniu tej czynności, rozmawiając przy tym. Musiałam stać nad nimi i cały czas im przypominać, że czas ucieka, ale one i tak się nie śpieszyły. Istotne w całej historii jest to, że jeśli masz w Ugandzie do przygotowania obiad na np. 17:00, składający się z kilku różnych dań, to musisz zacząć gotować o 10:00, aby się wyrobić. Czyli przeznacza się na to 7 godzin. W Polsce, korzystając z dobrodziejstw kuchenki, zajęłoby to może 3 godziny. Myśmy zaczęli około 12, gdyż osoba odpowiedzialna za gotowanie, nie zaczęła gotowania z powodu braku wody. Otóż dziewczyny, które miały tę wodę przynieść ze źródła, były zajęte czymś innym właściwie nieistotnym. Jednakże ta osoba nie tylko nie wysłała ich do źródła, ale nawet nie kazała im robić czynności pośrednich, jak na przykład krojenie warzyw. Ja nie mogłam być w domu o 10:00, aby wszystkiego dopilnować, bo musiałam być w szkole. Jak wróciłam o 12 i zobaczyłam, że gotowanie nie zostało rozpoczęte, byłam bardzo rozłoszczona, gdyż powód był tak banalny! Dzięki Bogu goście się spóźnili i właściwie przyszli około 18:30, kiedy prawie skończyliśmy gotowanie. Było to jednak doświadczenie, którego nie chciałabym już powtórzyć.

Innym przykładem pokazującym totalny luz Ugandyjczyków i nie przejmowanie się terminami jest fakt zamówienia szafy przeze mnie w połowie lipca, kiedy zapłaciłam za nią. Poprosiłam o zorganizowanie tej sprawy pewną zaufaną osobę. Po trzech tygodniach zapytałam się stolarza (który jest nauczycielem w szkole zawodowej i był odpowiedzialny razem ze studentami za wykonanie tej szafy), gdzie jest moja szafa? A on mi odpowiedział, że nic nie wie na ten temat. Wobec tego zapytałam się administratora, w czym jest problem. Powód był bardzo banalny: zakup właściwego drewna, co normalnie zajęłoby dwa dni. Jego argumentacja w ogóle mnie nie przekonywała. Po około sześciu tygodniach stolarz zabrał się w końcu do robienia mojej szafy, której skończenie powinno zająć maksymalnie kilka dni, czy możecie uwierzyć, że nadal nie mam mojej szafy? To są już cztery miesiące :) Odpuściłam sobie już tę szafę, bo nie chcę się denerwować. Jak będzie w końcu gotowa, to dam ją w prezencie wychowawczyni w domu dziecka.

Inna historia dotyczy poczucia odpowiedzialności. Chodzi o problem z troszczenia się o coś, co bezpośrednio do nich nie należy. Znam osobę, która przekazała dla pewnej organizacji w Ugandzie $800. Organizacja zdecydowała za $400 naprawić młyn, aby mieć dochód z mięcia mąki na swoje potrzeby. Natomiast drugie $400 przeznaczyła na nabycie mebli szkolnych. Stolarz miał wykonać 10 biurek i ławek. W ciągu 4 miesięcy zrobił tylko cztery komplety, natomiast pozostałe drewno zostało zmarnowane, gdyż zostawił je na słońcu i deszczu na zewnątrz. Drewno nadawało się więc już tylko do pieca. Czy możecie sobie wyobrazić ból serca tej osoby z powodu zmarnowania jej ciężko zapracowanych pieniędzy? Po całym zajściu okazało się, że nikt nie czuje się odpowiedzialny za to, bo każdy widział winę w kimś innym. Muszę przyznać, że osobom z naszej kultury, szczególnie tym, którzy są perfekcjonistami jak ja, jest niezwykle trudno zaakceptować tego typu sytuacje. Mogłabym wymienić również kilka innych podobnych sytuacji, ale myślę, że te wystarczą. Wielu Muzungu jest rozczarowanych, gdyż ich pomoc dla Afryki jest niedoceniania i marnowana. Dlaczego tak się dzieje? To nie jest tylko problem kultury, lecz głównie braku edukacji, braku metod rozwijania kreatywnego myślenia u ludzi. Wiele ich błędów wynika w pewnym sensie z bezmyślności. Niedawno widziałam spawacza, używającego na zewnątrz generatora i spawającego w strumieniach deszczu!

Inna sytuacja miała miejsce w zaprzyjaźnionym domu, gdzie pewien szklarz był odpowiedzialny za wstawienie szyb w okna. Część z tych szyb została wykonana, natomiast część z nich nadal czeka na swą szansę i jest to już pół roku! Co najciekawsze – szyby są zakupione, trzeba je było tylko zabrać do sąsiedniego miasta do pocięcia. Niewiarygodne, prawda?

Pisząc o tego typu zachowaniach, chcę przede wszystkim Was ostrzec, jeśli wspieracie finansowo jakieś organizacje misyjne, miejcie pewność, że Wasze pieniądze nie są marnowane. Z drugiej strony zachęcam Was bardzo, bardzo do wspierania edukacji dzieci i młodzieży w krajach Afryki, gdyż to zapewni Afryce rozwój w każdym wymiarze oraz przyczyni się do podniesienia jakości życia. Jeśli chcecie pomóc, dajcie pieniądze przede wszystkim na budowę instytucji oraz edukację. W najbliższym mieście Fort Portal są dwa szpitale. „Bringing Hope” dwa razy w tygodniu zabiera pacjentów z wiosek do tego lepszego szpitala. Płaci też ich rachunki (szkoły i szpitale są płatne). Miałam okazję widzieć ten „lepszy” szpital, który wygląda w środku jak jakiś szpital polowy. Myślę więc, że to powinno być celem naszego wsparcia: budowa instytucji, jak szpitale, szkoły i domy dziecka oraz edukacja i jeszcze raz edukacja. Muszę Wam kiedyś przesłać zdjęcie szkoły w wiosce. Nie wiem, jak mam to opisać. Budynek bez podłóg, bez biurek i krzeseł w wielu klasach. Dzieci siedzące na matach. Oczywiście są też i nieco lepsze budynki z biurkami i krzesłami, lecz nieczęsto. W naszej szkole zawodowej nie ma biurek, są tylko ławki. Uczniowie muszą notować „na kolanie”.

Oprócz tych wielkich potrzeb, te „małe” wydają się banalne. Jednakże, kiedy widzę te biedne, bose dzieci to serce mi się kraje i chciałabym mieć możliwość odziania ich i obucia, kupienia zabawek i materiałów szkolnych. Tak więc, zaspokajajmy tak wielkie, jak i małe potrzeby biednych w krajach Trzeciego Świata na miarę naszych możliwości.

W tych okolicznościach kulturowych bardzo podziwiam Faith (dyrektorkę „Bringing Hope”), gdyż jest kobietą autorytetu i działa jak Muzungu, kierując tą organizacją. Jest wybitną osobowością. Będąc tutaj, widzę, że wszelkie dofinansowania dla organizacji są przeznaczane na właściwe cele, a pieniądze ofiarodawców nie są marnowane. Faith ma zaufany zespół pracowników, którzy starają się dawać z siebie to, co najlepsze, czasem jednak również postępują bezmyślnie. Mam wtedy okazję widzieć Faith wybuchającą jak wulkan, ganiącą ich za ich niewłaściwe decyzje bez ogródek. Dziś na przykład osoba odpowiedzialna za wydanie z magazynu worka z mąką posho dla domu dziecka nie zrobiła tego na czas i dzieci prawie nie miałyby co jeść. Faith zrobiła awanturę tej osobie, gdyż taka sytuacja zdarzyła się nie pierwszy raz i w obecności wszystkich powiedziała: „jestem zmęczona twoją głupotą i bezmyślnością, postaraj się więc, aby nigdy więcej już tego błędu nie powtórzyć.”

Zbliżają się święta Bożego Narodzenia, jeżeli więc ktoś z Was chciałby wesprzeć finansowo projekt „radosnych świąt dla HomeAgain”, proszę o kontakt na mojego maila. Wszelkiego rodzaju pomoc będzie mile widziana, a Wy możecie mieć pewność, że Wasze pieniądze nie zastaną zmarnowane, gdyż ja sama dopilnuję, aby poszły na właściwy cel. Z góry dziękuję.

czwartek, 11 października 2007

Zombi i kanibale

Jest parę rzeczy, który chciałabym dziś napisać. Pierwszą z nich jest prawdziwa historia pewnej dziewczyny. Ta historia zdarzyła niedawno, a słyszałam ją parę dni temu od Kennetha brata Faith. Otóż w pewnej wiosce żyła piękna dziewczyna, którą każdy chciał wziąć za żonę. Niestety dziewczyna ta zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach i pogrzebano ją. Jakiś czas po jej pogrzebie jeden z jej wielbicieli wybrał się do innej wioski w swoich sprawach. Kiedy przechodził obok pola zobaczył tam dziewczynę, która kopała w ogrodzie, a która wyglądała dokładnie jak ta, którą niedawno pochowano. Próbował więc z nią rozmawiać, ale wyglądała na nieobecną i jakby w ogóle go nie słyszała i nie widziała. Wrócił więc ten mężczyzna z pośpiechem do ojca tej dziewczyny, powiedzieć, że ją widział kopiącą w ogrodzie w innej wiosce. Ojciec ten niedowierzając sam tam pojechał i kiedy ją zobaczył, stwierdził, że to jego córka, ale ona ich w ogóle nie rozpoznawała, zajęta kopaniem, jakby była zaprogramowanym robotem. Wobec tego obaj wrócili do jej grobu i go odkopali, szukając jej ciała. Okazało się jednak, że jej ciała nie było w grobie. W znacznie większej grupie wrócili do tamtej wioski i przyczajeni śledzili tę dziewczynę, gdy wracała z pola. Następnie, gdy wtargnęli do jej domu, zobaczyli starszego mężczyznę, a w około niego wiele młodych pięknych dziewczyn. Jak się później okazało, były one również uznane za martwe i pochowane przez swoje rodziny. Mężczyźni ci zmusili tego człowieka do wyznania prawdy.

Okazało się, że stosował pewne zaklęcia Czarnej Magii, aby wprowadzić te dziewczyny w stan czasowej śmierci, po czym po ich pogrzebach, przychodził w nocy i wykradał ich ciała z grobów, zanosił do swojego domu i czekał na ich obudzenie się. Potem je wykorzystywał do pracy w swoim polu. Czary trzymały te dziewczyny w dziwnym amoku, tak że wyglądały jak filmowe Zombi. Myślę, że wielu z was oglądało te horrory z Zombi, ale ja zawsze myślałam, że to wytwór hollywoodzkiej wyobraźni. Okazuje się jednak, że te rzeczy dzieją się w Afryce naprawdę. Jak usłyszałam tę historię to przede wszystkim pomyślałam, jak straszne i okrutne rzeczy mogą się tu ludziom przytrafić. Jednakże co ciekawe, tego rodzaju zaklęcia nie działają na chrześcijan, o czym w większości afrykańscy czarownicy wiedzą. Sprawdza się tu Boża obietnica dla chrześcijan z Biblii: „wszelka broń ukuta na ciebie będzie bezskuteczna, potępisz wszelki język, który zmierzy się z tobą w sądzie, takie będzie dziedzictwo sług Pana”.

Jakiś tydzień temu Faith pokazała mi swoją bluzkę i powiedziała: „widzisz te dwie dziury? Tego nie zrobił ani szczur, ani gwóźdź. To są magiczne wycięcia materiału, aby je poddać czarom, które miałaby mi wyrządzić coś złego. Co ja bym zrobiła, gdybym nie była chrześcijanką? Co by mnie chroniło?” Faith mówi, że przez tego rodzaju czary wiele ludzi traci zdrowie, zwierzęta gospodarskie, a nawet i życie. Faith nie jest osobą, która łatwo wierzy pewnym rzeczom. Jest ona dobrze wykształconą i trzeźwo myślącą kobietą, ale mówi, że jest wiele dowodów na to, iż tego typu rzeczy się tu dzieją i nie ma na nie żadnego medycznego lub zdroworozsądkowego wytłumaczenia. Niektórzy mogą poddawać w wątpliwość te sprawy, ale tutaj w Afryce ludzie niestety tego doświadczają. Może i znalazłyby się jakieś racjonalne odpowiedzi, ale na niektóre po prostu sytuacje nie ma żadnych naturalnych odpowiedzi.

Również kilka dni temu dowiedziałam się, że w Ugandzie i w Afryce naprawdę są kanibale! Natomiast rzadko przybiera to formę porwań ludzi i potem zabijania ich, aby ich zjeść. Obecnie kanibale wykradają ludzkie ciała z grobów, a potem je gotują i jedzą. Obrzydliwe! Faith przy tej historii powiedziała, że jest wdzięczna kolonizatorom za przyniesienie chrześcijaństwa do ludzi Afryki. Stopniowo ludzie porzucają te praktyki, widząc ich okrucieństwo. Chrześcijaństwo przyniosło wiele pozytywnych zmian w kulturze i życiu ludzi Afryki, wbrew opinii niektórych, że odebrało im rodzimą kulturę.

Podejrzewam, że dzisiejszy post jest nieco kontrowersyjny, jednakże nie jest to strona neutralna, lecz miejsce, gdzie opisuję moje doświadczenia i przedstawiam moje poglądy :)
W następnym poście napiszę nieco o kulturze jedzenia, co jest dość ciekawe dla ludzi z kultury Zachodu.

sobota, 6 października 2007

Kampala i inne

Pod koniec sierpnia razem z dyrektorką „Bringing Hope” – Faith Kunihira oraz dwoma ostatnimi wolontariuszami z USA (Travisem i Jamie) pojechaliśmy do Kampali (stolicy Ugandy). Z wioski, w której mieszkam (Kaihura) jest to dystans około 250 km na wschód Ugandy, czyli około 3-4h jazdy samochodem. Travis miał jechać autobusem do Nairobi (stolica Kenii), gdyż miał tam się spotkać z osobami z innej organizacji, aby po powrocie do USA zorganizować dla nich pomoc, podobnie jak to zrobił dla „Bringing Hope”, natomiast Jamie we wtorek samolotem miała do niego dołączyć w Kenii, skąd mieli lecieć razem do domu. Po mieście poruszaliśmy się pieszo i środkami komunikacji miejskiej, tzw. taxi, czyli samochodami typu van, z siedzeniami dla 14 osób. Nie ma tam autobusów miejskich. Ich rolę pełnią w/w taxi oraz taksówki zwane „Boda Boda” (motocykle) oraz rowery. Jechanie w vanie niejednokrotnie dla Muzungu jest wyzwaniem, gdyż ich właściciele próbują wcisnąć do takiego vana tyle ludzi, ile się da, więc czasem siedzi się strasznie ściśniętym. Innym wyzwaniem jest uczestniczenie w ruchu samochodowym. Nie jestem w stanie określić słowami ugandyjskiego stylu prowadzenia samochodów. Mogę jedynie stwierdzić, że to wygląda tak, jakby nie było żadnych reguł ruchu ulicznego i każdy usiłował prowadzić jak mu się wydaje słuszne i „wszyscy naraz”. Trąbienie na siebie nawzajem jest również powszechne. Obserwując naszego kierowcę, krzyczałam praktycznie co chwila, bo wydawało mi się, że zaraz najedziemy na motocykl albo pieszego, nie mówiąc już o zderzeniu się z innym samochodem. Nic takiego jednak nam się nie przytrafiło :) Uważam siebie za doświadczonego kierowcę, ale nie wiem, czy odważyłabym się prowadzić w Kampali. Tak samo jest wszędzie w Ugandzie, ale w Kampali jest najgorzej, bo i więcej samochodów. Dziś jednak prowadziłam samochód organizacji – dżipa, ale jedynie w okolicach wioski. Drogi są tu w bardzo złym stanie. Asfalt jest tylko na głównych drogach, ale w większości dziurawy. Pozostałe drogi są ubitą ziemią, oczywiście nierówne i również z dziurami. Pewnego dnia wracałam do domu z sąsiedniej miejscowości (Fort Portal) w vanie mogącym zmieścić tylko 14 osób – w 29 osób!!! Czy możecie to sobie wyobrazić??? Czy to jest normalne? Właściciel taxi ma prawo zabrać tyle osób, ile mu się podoba, dlatego oni się tu wcale nie przejmują, jak się ludzie tak ściśnięci będą czuć w drodze, ale pakują tyle osób, ile upchną. Niestety biedni pasażerowie się nie przeciwstawiają i jadą w takich warunkach i po kilka godzin. Zdarzyło mi się parę razy jechać vanem z 20 lub 24 innymi osobami, ale nie w 29 osób!!! Chwała Bogu godzina drogi w tej taxi upłynęła mi w miarę szybko, ale poczułam niezwykle wielką ulgę, kiedy zobaczyłam tablicę z nazwą wioski, gdzie mieszkam :)

W niedzielę po południu (jak byliśmy w Kampali) wybraliśmy się do kina, po czym chcieliśmy się udać do restauracji na pożegnalną kolację. Był wieczór, ale zamiast wziąć taxi, postanowiliśmy iść pieszo. Po kilkunastu metrach pojawił się obok nas mężczyzna, który niespodziewanie ukradł torebkę Jamie i szybko zniknął w ciemnościach. Niestety miała tam aparat fotograficzny, telefon i znaczną sumę pieniędzy oraz osobiste rzeczy. Zamiast w restauracji, wylądowaliśmy na posterunku policji. Każdy obwiniał siebie, że mógł coś zrobić, ale regułą tu jest, że jeśli ktoś ci coś kradnie, nie gonisz go, bo może mieć nóż, albo broń i możesz stracić życie przy okazji. Oczywiście wyciągnęliśmy lekcję z tej przykrej sytuacji, aby nigdy więcej wieczorem nie chodzić po mieście, ale zawsze wziąć taxi. Często przykre sytuacje wcale nie muszą nas spotkać, lecz zdarzają się, gdyż jesteśmy nierozsądni, nie obserwując okoliczności i nie ucząc się na błędach. Powinniśmy byli wiedzieć, że jest niebezpiecznie spacerować w nocy po Kampali, więc sami siebie naraziliśmy na zagrożenie.

Niedawno miałam pewną nieprzyjemną sytuację, czym było pojawienie się chyba więcej, niż setki małych pająków w moim pokoju! Czy jest to zwykły przypadek? Nie było ich w żadnym innym pokoju, tylko w moim! Szczury też chodzą tylko po mnie, a także pojawiają się w moim pokoju martwe, choć mają do wyboru kilka innych pokoi w tym domu i parę innych osób :) Ale ja się tym nie przejmuję i dzielnie znoszę wszelkie przeciwności i nie zamierzam się poddać z powodu szczurów, pająków, czy jakiś jaszczurek chodzących po ścianach mojego pokoju - codziennie mam kilka nieproszonych wizyt moich przyjaciół jaszczurek :))

poniedziałek, 1 października 2007

Pogrzeby, Home Again i król Tooro

Nie miałam możliwości wstawić posta wcześniej, gdyż od ponad tygodnia nie mieliśmy dostępu do Internetu. Faith nie miała pieniędzy na zapłacenie rachunku. Kiedy jedni moi przyjaciele w Polsce dowiedzieli się o tym, dali nam pieniądze na ten cel. Dziękuję Wam z całego serca!

Dwa tygodnie temu byłam na dwóch pogrzebach w jednym dniu :( Zwyczajem mieszkańców wioski jest przyjść na pogrzeb, dlatego Faith chodzi na wszystkie pogrzeby we wsi, a nawet wcześniej już towarzyszy takiej rodzinie. Jak tylko się dowie, że ktoś zmarł - niemal natychmiast jedzie do takiej rodziny, żeby być z nimi i wesprzeć ich na duchu. Pogrzeb na ugandyjskich wsiach wygląda bardzo podobnie jak w Polsce na wsiach, tyle że najczęściej odbywa się przy domu i osoba jest chowana w mogile przy domu. Tylko w miastach są cmentarze. Jeżeli osoba była wyznania katolickiego lub anglikańskiego to Msza odbywa się właśnie przy domu. Pierwszy był pogrzeb młodej dziewczyny, która została potrącona przez samochód w Kampali. Pisałam jakiś czas temu, że trzeba tam być bardzo ostrożnym jako pieszy, bo kierowcy jeżdżą jak szaleni. Drugi pogrzeb był starszej kobiety, której siedmioro dzieci zmarło wraz z synowymi i zięciami wskutek AIDS. Kobieta ta mimo wszystko trzymała się dzielnie i wychowywała sama dwanaścioro wnucząt, a wraz z nimi była pod opieką „Bringing Hope”. Prawie wszyscy wnukowie są już dorośli. Jest jeden 15-letni chłopak Moses, którym miała się zaopiekować po śmierci babci dalsza rodzina. Na pogrzebie Faith zapytała go, czy chce zostać z rodziną, czy ma go zabrać do sierocińca. Zaskoczyło mnie kiedy powiedział, że chce, żeby go zabrała. Z tego, co wiem, on bardzo ufa Faith, że chce dla niego jak najlepiej, bo doświadczył tego w ciągu 6 lat bycia pod opieką „Bringing Hope”. Tak więc przenieśliśmy go kilka dni temu do sierocińca, który nosi nazwę „Home Again” (dom ponownie). Faith nie pozwala, żeby ktokolwiek mówił „sierociniec”. Mówi: „robimy wszystko, by te dzieci miały ponownie swój dom”.

W ubiegłym tygodniu spędziłam wieczór z tymi dziećmi, gdyż miały tydzień modlitwy za różne sprawy i chciałam się dołączyć do tych modlitw. Wspólne modlitwa z nimi było dla mnie wielką zachętą. Dzieci te modlą się w taki sposób, w jaki nigdy w moim życiu nie widziałam dzieci modlących się: z wielkim zaangażowaniem i wiarą. Myślę, że to wielka zasługa Faith oraz Ewy - wychowawczyni domu dziecka. Chciałabym, żeby każdy z Was miał okazję ich posłuchać. Niestety większości nie rozumiałam, bo się modlą w swoim języku, ale czasem ktoś dla mnie tłumaczył. Mam bardzo na sercu te dzieci, gdyż mieszkają w tak opłakanych warunkach, że serce się kraje. W domu Faith mieszkają poza Faith, mną i bratem Faith, cztery młode dziewczyny, które pomagają w prowadzeniu domu, a są uczennicami w szkole zawodowej. Nasze posiłki są znacznie lepsze, niż w większości ugandyjskich domach, gdyż trzy razy w tygodniu jemy mięso :) Kiedy je się posiłek nie należy brać więcej na talerz, niż można zjeść, gdyż jest niewłaściwym zostawianie niedojedzonego jedzenia na talerzu, głównie z powodu panującej tu biedy. Przy pewnej kolacji, gdy jedna dziewczyna zostawiła na talerzu ryż i mięso, Faith strasznie się zezłościła na nią. Nakrzyczała na tę dziewczynę, że nie docenia tego, co ma, że „jej dzieci” w „Home Again” jedzą codziennie przez okrągły rok fasolę i posho, a ona śmie zostawiać na talerzu ryż i mięso! Pomyślałam wtedy o naszych domach, gdzie często wyrzucane jest jedzenie. Dzięki mojej mamie, która mnie tak wychowała, ja zawsze starałam się szanować jedzenie i starannie robiłam moje zakupy, żeby nic się nie marnowało, ale i tak czasem wyrzucałam jedzenie. Kiedy jesteś w Afryce i obserwujesz tutejszą biedę, robi ci się bardzo wstyd na myśl o marnowanym jedzeniu. Już teraz widzę, jak bardzo zmienia się moje nastawienie do tego, co mamy w Polsce – z narzekania na wdzięczność. Kiedyś byłam „typem narzekającym” na sytuację gospodarczo-polityczną w naszym kraju. Nie sądzę jednak, abym po życiu w Afryce narzekała na cokolwiek. Niezwykle mi brakuje możliwości kąpieli w wannie lub wzięcia prysznica, gdyż jak wiecie, codziennie myję się w misce z powodu skromnych warunków, w jakich żyjemy. Brakuje mi tak wielu rzeczy, do których przywykłam w Polsce, że czasem jest to przyczyną mysli, aby wracać do domu. Nie poddaję się jednak i nie poddam się, choć muszę uczciwie przyznać, że nie jest mi lekko i niemal codziennie mam myśli o powrocie do domu. Jestem jednak przekonana, że jestem w miejscu mojego przeznaczenia na pewien czas mojego życia, nic mnie więc nie ruszy! Nawet zdechły szczur pod łóżkiem ani jaszczurki łażące po ścianie mojego pokoju!

Pisałam jednak o dzieciach z „Home Again”. Kiedy odwiedziłam ich ostatnio, Faith pokazała mi pewne owady na ścianie pokojów, które wyglądały jak małe, czarne biedronki i powiedziała: „to są „bedbags”, które żywią się ludzką krwią, ze ścian przechodzą na ciało i piją krew. Mamy ich wiele tutaj w tym budynku, ale pozbycie się ich jest kosztowne i nie stać nas na to”. Kiedy się o tym dowiedziałam, to odechciało mi się odwiedzać „Home Again”, gdyż zawsze jest ryzyko, że jakiś „bedbag” urządzi sobie na mnie ucztę. Zamierzałam nawet zostać z dziećmi na noc, ale jak Faith pokazała mi, że bedbags gnieżdżą się w drewnie w przerwach na łóżkach, na których śpią dzieci, to stchórzyłam. Oczywiście będę nadal odwiedzać dzieci z sierocińca, ale nie wiem, czy się odważę, aby zostać tam na noc.

Rozmawiałam też ostatnio z wychowawczynią „Home Again” o potrzebach dzieci. Nie mogłam uwierzyć, kiedy mi mówiła o tym, co potrzebują, bo wydawało się jakby nie mieli kompletnie nic. Nie mówię tu tylko o osobistych potrzebach dzieci, ale także o potrzebach sierocińca. Mają na przykład tylko 3 miski na 31 osób. Nie mają pościeli, śpią pod kocami, nie mają poduszek. Maja tylko kilka lamp, a potrzebują trzy razy więcej. Dzieci nie mają nawet bielizny osobistej!!! Wielką potrzebą są moskitiery, bo komary przenoszą malarię i średnio raz w miesiącu dzieci łapią malarię, która czasem jest zagrożeniem dla życia. Zapisałam wszystkie ich potrzeby w arkuszu Excel i wyszło mi 50 pozycji. Nie mówiąc już planie urozmaicenia ich jedzenia, gdyż jak wiecie, jedzą codziennie fasolę i posho (gotowana mąka kukurydziana). Czy wyobrażasz sobie siebie jedzącego cały rok dzień po dniu to samo? Tak bardzo mi żal tych dzieci, jak i wielu innych, które spotykam tu każdego dnia. Faith otrzymała pieniądze z USA na budowę nowego budynku sierocińca, ale nie wystarcza na wykończenie go, ani na zakup nowych łóżek (gdyż jak wiecie w starych łóżkach żyją bedbagi, a nie chcemy ich zabierać do nowego miejsca). Gdyby ktoś z was poczuł się zainspirowany do zasponsorowania łóżka, albo krzesła, albo pościeli, albo czegokolwiek innego – proszę skontaktujcie się ze mną na maila.

Ostatnio w niedzielę Faith przemawiała w kościele i zachęcała ludzi z kościoła do podzielenia się tym, co mają z dziećmi z „Home Again”. Byłam wzruszona jak ci, którzy żyją w biednych warunkach dawali na przykład: kurę, dwa kubki fasoli, miskę ziemniaków, 500 szylingów (1zł), 7 kubków mleka, itp. Znamy tę kościelną piosenkę „dzielmy się wiarą jak chlebem”, ale często w życiu ludzi wierzących okazuje się, że nie tylko nie dzielimy się wiarą, ale nawet chlebem…

Byłam w Kampali kilka dni temu, aby odnowić moją wizę. Udałam się tam z Wincentem, który jest wolontariuszem „Bringing Hope”. Jego siostra pracuje w Urzędzie Emigracyjnym, dlatego postanowiliśmy poprosić ją o list polecający do właściwego urzędnika. Dobrze, że mamy te koneksje, gdyż okazało się, że na lotniku zmieniono moja wizę z trzymiesięcznej na jednomiesięczną, ale nie poinformowano mnie o tym. Wobec tego dwa miesiące byłam nielegalnie w Ugandzie! Dzięki Bogu wszystko zostało pomyślnie załatwione. Kiedy jechałam do Kampali minibusem to w czasie drogi na serio przygotowałam się na śmierć, bo kierowca jechał zbyt szybko jak na warunki, nie zwalniał nawet w wioskach, ani jak zaczął padać deszcz. W pewnym momencie przestałam w ogóle obserwować drogę, ale jak widzicie przeżyłam. Widać mam coś jeszcze tu do zrobienia!

Tydzień temu byłam na celebracji rocznicy koronacji króla w Fort Portal. Widziałam króla regionu Tooro (gdzie mieszkamy) oraz prezydenta Ugandy z bardzo bliska, gdyż jako „Muzungu” usadzono mnie w pierwszym rzędzie. Król ma tylko 15 lat, a został koronowany jak miał 3 latka na miejsce ojca, który zmarł. Ten nastolatek Chodzi do szkoły w Kampali i nie sprawuje jeszcze rządów, robią to jego ministrowie, ale za parę lat będzie rządził. Było to bardzo interesujące doświadczenie, gdyż odbywały się specjalne tańce na cześć króla. W pewnym momencie doręczono mi list. Okazało się, że była to oferta małżeństwa! Mężczyzna przedstawił się z jak najlepszej strony, uzasadniając dlaczego powinnam go poślubić. W Kampali też otrzymałam kilka propozycji. Nie interesuje mnie jednak poślubienie Ugandyjczyka z powodu roli kobiety w tym społeczeństwie – nie zamierzam rezygnować z praw kobiet, które są czymś normalnym w naszym kraju, ale jeszcze nie tu – w Afryce. Następnym razem napiszę o tym więcej.