Dlaczego założyłam bloga

W lipcu 2007 znalazłam się w Ugandzie, aby pracować jako wolontariusz. Było to moim marzeniem od wielu lat, jednakże nigdy wcześniej nie miałam możliwości, aby się ziściło. Koszty mojego przyjazdu i pobytu na prawie 9 miesięcy to około $8000, jednakże wartość realizacji marzenia nie jest przeliczalna na $$$. Wielu moich przyjaciół w Polsce i w Australii pomogło mi finansowo, abym mogła się tu znaleźć, za co jestem im bardzo wdzięczna. Na tym blogu będę umieszczać wrażenia z mojego pobytu i pracy jako wolontariusz w organizacji "Bringing Hope To The Family".


Bieżące informacje z misji w Ugandzie (2010-2013):

poniedziałek, 1 października 2007

Pogrzeby, Home Again i król Tooro

Nie miałam możliwości wstawić posta wcześniej, gdyż od ponad tygodnia nie mieliśmy dostępu do Internetu. Faith nie miała pieniędzy na zapłacenie rachunku. Kiedy jedni moi przyjaciele w Polsce dowiedzieli się o tym, dali nam pieniądze na ten cel. Dziękuję Wam z całego serca!

Dwa tygodnie temu byłam na dwóch pogrzebach w jednym dniu :( Zwyczajem mieszkańców wioski jest przyjść na pogrzeb, dlatego Faith chodzi na wszystkie pogrzeby we wsi, a nawet wcześniej już towarzyszy takiej rodzinie. Jak tylko się dowie, że ktoś zmarł - niemal natychmiast jedzie do takiej rodziny, żeby być z nimi i wesprzeć ich na duchu. Pogrzeb na ugandyjskich wsiach wygląda bardzo podobnie jak w Polsce na wsiach, tyle że najczęściej odbywa się przy domu i osoba jest chowana w mogile przy domu. Tylko w miastach są cmentarze. Jeżeli osoba była wyznania katolickiego lub anglikańskiego to Msza odbywa się właśnie przy domu. Pierwszy był pogrzeb młodej dziewczyny, która została potrącona przez samochód w Kampali. Pisałam jakiś czas temu, że trzeba tam być bardzo ostrożnym jako pieszy, bo kierowcy jeżdżą jak szaleni. Drugi pogrzeb był starszej kobiety, której siedmioro dzieci zmarło wraz z synowymi i zięciami wskutek AIDS. Kobieta ta mimo wszystko trzymała się dzielnie i wychowywała sama dwanaścioro wnucząt, a wraz z nimi była pod opieką „Bringing Hope”. Prawie wszyscy wnukowie są już dorośli. Jest jeden 15-letni chłopak Moses, którym miała się zaopiekować po śmierci babci dalsza rodzina. Na pogrzebie Faith zapytała go, czy chce zostać z rodziną, czy ma go zabrać do sierocińca. Zaskoczyło mnie kiedy powiedział, że chce, żeby go zabrała. Z tego, co wiem, on bardzo ufa Faith, że chce dla niego jak najlepiej, bo doświadczył tego w ciągu 6 lat bycia pod opieką „Bringing Hope”. Tak więc przenieśliśmy go kilka dni temu do sierocińca, który nosi nazwę „Home Again” (dom ponownie). Faith nie pozwala, żeby ktokolwiek mówił „sierociniec”. Mówi: „robimy wszystko, by te dzieci miały ponownie swój dom”.

W ubiegłym tygodniu spędziłam wieczór z tymi dziećmi, gdyż miały tydzień modlitwy za różne sprawy i chciałam się dołączyć do tych modlitw. Wspólne modlitwa z nimi było dla mnie wielką zachętą. Dzieci te modlą się w taki sposób, w jaki nigdy w moim życiu nie widziałam dzieci modlących się: z wielkim zaangażowaniem i wiarą. Myślę, że to wielka zasługa Faith oraz Ewy - wychowawczyni domu dziecka. Chciałabym, żeby każdy z Was miał okazję ich posłuchać. Niestety większości nie rozumiałam, bo się modlą w swoim języku, ale czasem ktoś dla mnie tłumaczył. Mam bardzo na sercu te dzieci, gdyż mieszkają w tak opłakanych warunkach, że serce się kraje. W domu Faith mieszkają poza Faith, mną i bratem Faith, cztery młode dziewczyny, które pomagają w prowadzeniu domu, a są uczennicami w szkole zawodowej. Nasze posiłki są znacznie lepsze, niż w większości ugandyjskich domach, gdyż trzy razy w tygodniu jemy mięso :) Kiedy je się posiłek nie należy brać więcej na talerz, niż można zjeść, gdyż jest niewłaściwym zostawianie niedojedzonego jedzenia na talerzu, głównie z powodu panującej tu biedy. Przy pewnej kolacji, gdy jedna dziewczyna zostawiła na talerzu ryż i mięso, Faith strasznie się zezłościła na nią. Nakrzyczała na tę dziewczynę, że nie docenia tego, co ma, że „jej dzieci” w „Home Again” jedzą codziennie przez okrągły rok fasolę i posho, a ona śmie zostawiać na talerzu ryż i mięso! Pomyślałam wtedy o naszych domach, gdzie często wyrzucane jest jedzenie. Dzięki mojej mamie, która mnie tak wychowała, ja zawsze starałam się szanować jedzenie i starannie robiłam moje zakupy, żeby nic się nie marnowało, ale i tak czasem wyrzucałam jedzenie. Kiedy jesteś w Afryce i obserwujesz tutejszą biedę, robi ci się bardzo wstyd na myśl o marnowanym jedzeniu. Już teraz widzę, jak bardzo zmienia się moje nastawienie do tego, co mamy w Polsce – z narzekania na wdzięczność. Kiedyś byłam „typem narzekającym” na sytuację gospodarczo-polityczną w naszym kraju. Nie sądzę jednak, abym po życiu w Afryce narzekała na cokolwiek. Niezwykle mi brakuje możliwości kąpieli w wannie lub wzięcia prysznica, gdyż jak wiecie, codziennie myję się w misce z powodu skromnych warunków, w jakich żyjemy. Brakuje mi tak wielu rzeczy, do których przywykłam w Polsce, że czasem jest to przyczyną mysli, aby wracać do domu. Nie poddaję się jednak i nie poddam się, choć muszę uczciwie przyznać, że nie jest mi lekko i niemal codziennie mam myśli o powrocie do domu. Jestem jednak przekonana, że jestem w miejscu mojego przeznaczenia na pewien czas mojego życia, nic mnie więc nie ruszy! Nawet zdechły szczur pod łóżkiem ani jaszczurki łażące po ścianie mojego pokoju!

Pisałam jednak o dzieciach z „Home Again”. Kiedy odwiedziłam ich ostatnio, Faith pokazała mi pewne owady na ścianie pokojów, które wyglądały jak małe, czarne biedronki i powiedziała: „to są „bedbags”, które żywią się ludzką krwią, ze ścian przechodzą na ciało i piją krew. Mamy ich wiele tutaj w tym budynku, ale pozbycie się ich jest kosztowne i nie stać nas na to”. Kiedy się o tym dowiedziałam, to odechciało mi się odwiedzać „Home Again”, gdyż zawsze jest ryzyko, że jakiś „bedbag” urządzi sobie na mnie ucztę. Zamierzałam nawet zostać z dziećmi na noc, ale jak Faith pokazała mi, że bedbags gnieżdżą się w drewnie w przerwach na łóżkach, na których śpią dzieci, to stchórzyłam. Oczywiście będę nadal odwiedzać dzieci z sierocińca, ale nie wiem, czy się odważę, aby zostać tam na noc.

Rozmawiałam też ostatnio z wychowawczynią „Home Again” o potrzebach dzieci. Nie mogłam uwierzyć, kiedy mi mówiła o tym, co potrzebują, bo wydawało się jakby nie mieli kompletnie nic. Nie mówię tu tylko o osobistych potrzebach dzieci, ale także o potrzebach sierocińca. Mają na przykład tylko 3 miski na 31 osób. Nie mają pościeli, śpią pod kocami, nie mają poduszek. Maja tylko kilka lamp, a potrzebują trzy razy więcej. Dzieci nie mają nawet bielizny osobistej!!! Wielką potrzebą są moskitiery, bo komary przenoszą malarię i średnio raz w miesiącu dzieci łapią malarię, która czasem jest zagrożeniem dla życia. Zapisałam wszystkie ich potrzeby w arkuszu Excel i wyszło mi 50 pozycji. Nie mówiąc już planie urozmaicenia ich jedzenia, gdyż jak wiecie, jedzą codziennie fasolę i posho (gotowana mąka kukurydziana). Czy wyobrażasz sobie siebie jedzącego cały rok dzień po dniu to samo? Tak bardzo mi żal tych dzieci, jak i wielu innych, które spotykam tu każdego dnia. Faith otrzymała pieniądze z USA na budowę nowego budynku sierocińca, ale nie wystarcza na wykończenie go, ani na zakup nowych łóżek (gdyż jak wiecie w starych łóżkach żyją bedbagi, a nie chcemy ich zabierać do nowego miejsca). Gdyby ktoś z was poczuł się zainspirowany do zasponsorowania łóżka, albo krzesła, albo pościeli, albo czegokolwiek innego – proszę skontaktujcie się ze mną na maila.

Ostatnio w niedzielę Faith przemawiała w kościele i zachęcała ludzi z kościoła do podzielenia się tym, co mają z dziećmi z „Home Again”. Byłam wzruszona jak ci, którzy żyją w biednych warunkach dawali na przykład: kurę, dwa kubki fasoli, miskę ziemniaków, 500 szylingów (1zł), 7 kubków mleka, itp. Znamy tę kościelną piosenkę „dzielmy się wiarą jak chlebem”, ale często w życiu ludzi wierzących okazuje się, że nie tylko nie dzielimy się wiarą, ale nawet chlebem…

Byłam w Kampali kilka dni temu, aby odnowić moją wizę. Udałam się tam z Wincentem, który jest wolontariuszem „Bringing Hope”. Jego siostra pracuje w Urzędzie Emigracyjnym, dlatego postanowiliśmy poprosić ją o list polecający do właściwego urzędnika. Dobrze, że mamy te koneksje, gdyż okazało się, że na lotniku zmieniono moja wizę z trzymiesięcznej na jednomiesięczną, ale nie poinformowano mnie o tym. Wobec tego dwa miesiące byłam nielegalnie w Ugandzie! Dzięki Bogu wszystko zostało pomyślnie załatwione. Kiedy jechałam do Kampali minibusem to w czasie drogi na serio przygotowałam się na śmierć, bo kierowca jechał zbyt szybko jak na warunki, nie zwalniał nawet w wioskach, ani jak zaczął padać deszcz. W pewnym momencie przestałam w ogóle obserwować drogę, ale jak widzicie przeżyłam. Widać mam coś jeszcze tu do zrobienia!

Tydzień temu byłam na celebracji rocznicy koronacji króla w Fort Portal. Widziałam króla regionu Tooro (gdzie mieszkamy) oraz prezydenta Ugandy z bardzo bliska, gdyż jako „Muzungu” usadzono mnie w pierwszym rzędzie. Król ma tylko 15 lat, a został koronowany jak miał 3 latka na miejsce ojca, który zmarł. Ten nastolatek Chodzi do szkoły w Kampali i nie sprawuje jeszcze rządów, robią to jego ministrowie, ale za parę lat będzie rządził. Było to bardzo interesujące doświadczenie, gdyż odbywały się specjalne tańce na cześć króla. W pewnym momencie doręczono mi list. Okazało się, że była to oferta małżeństwa! Mężczyzna przedstawił się z jak najlepszej strony, uzasadniając dlaczego powinnam go poślubić. W Kampali też otrzymałam kilka propozycji. Nie interesuje mnie jednak poślubienie Ugandyjczyka z powodu roli kobiety w tym społeczeństwie – nie zamierzam rezygnować z praw kobiet, które są czymś normalnym w naszym kraju, ale jeszcze nie tu – w Afryce. Następnym razem napiszę o tym więcej.

Brak komentarzy: