Dlaczego założyłam bloga

W lipcu 2007 znalazłam się w Ugandzie, aby pracować jako wolontariusz. Było to moim marzeniem od wielu lat, jednakże nigdy wcześniej nie miałam możliwości, aby się ziściło. Koszty mojego przyjazdu i pobytu na prawie 9 miesięcy to około $8000, jednakże wartość realizacji marzenia nie jest przeliczalna na $$$. Wielu moich przyjaciół w Polsce i w Australii pomogło mi finansowo, abym mogła się tu znaleźć, za co jestem im bardzo wdzięczna. Na tym blogu będę umieszczać wrażenia z mojego pobytu i pracy jako wolontariusz w organizacji "Bringing Hope To The Family".


Bieżące informacje z misji w Ugandzie (2010-2013):

poniedziałek, 15 października 2007

Trochę o kulturze


Wspomniałam, że napiszę pewnego razu, czemu nie chciałabym poślubić Ugandyjczyka. Rola kobiety jest w krajach afrykańskich inaczej postrzegana, niż na Zachodzie. Pozwólcie, że napiszę nieco na ten temat. Kiedy Ugandyjka pozdrawia mężczyznę i chce z nim porozmawiać, musi uklęknąć kolo niego, czasem nawet na oba kolana. Potem oczywiście może usiąść na krześle. Kobiety głównie gotują i opiekują się dziećmi, czasem pracują zawodowo (głównie w miastach). Jednakże po pracy są zobowiązane zająć się domem. Mężczyzna rzadko pomaga. Jeśli mężczyzna wraca do domu, kobieta musi go przywitać, klękając. Natomiast jeśli kobieta wraca do domu, to nie mężczyzna ją pozdrawia, ale ona jest zobowiązana, przyjść do niego i klękając, pozdrowić go. Mężczyzna może wyjść z domu bez mówienia, dokąd idzie, natomiast kobieta musi zawsze wyjawić cel swego wyjścia. Kiedy jedzą posiłek, kobieta usługuje i nakłada jedzenie na talerze, zaczynając od mężczyzny. Rodzina je posiłek często w ciszy. Dzieci nie mają prawa się odzywać w czasie jedzenia. Dzieci zawsze muszą klękać przed dorosłymi, aby ich pozdrowić, tak kobietami, jak i mężczyznami. I nie ważne, czy pada deszcz, czy się pobrudzą, czy nie, klękają na oba kolana.

Kiedy rozmawiają – nie podnoszą głosu. Nie wypada się też kłócić. Mówią bardzo cicho do siebie. Kiedy rozmawiają, są bardzo ciepli dla siebie nawzajem. Nie wiem, jak to określić, ale tego rodzaju mówienie, kojarzy mi się z przytulaniem pluszanki :) Myślę, że to moglibyśmy zaadaptować do naszej kultury.

Nie pozdrawiają kogoś, jeśli nie znają jego "pet name", o czym pisałam jakiś czas temu. Jest to bardzo dziwne dla mnie. Kiedyś byłam na targu z Faith, która spotkała swoją znajomą. Ta nawet na mnie nie spojrzała, ani sie nie przywitała. Było to według mnie bardzo niegrzeczne. Zapytałam więc potem Faith, czemu jej znajoma się tak zachowała, a Faith powiedziała, że nie jest w zwyczaju pozdrawiać osób, jeśli nie zna się tego specjalnego "pet" imienia. Pomyślałam, że przecież zawsze można zapytać. Faith dodała, że tylko w sytuacji kiedy ona by mnie przedstawiła, ta znajoma by się ze mną przywitała. Bardzo ciekawe.

Kulturą jest też „nie śpieszyć się”. Szczególnie kobiety są zobowiązane do chodzenia bardzo wolno. Nie jestem w stanie opisać jak bardzo jest to wolno, powiem: „niebywale wolno”. Nikt tak nie chodzi w Polsce, nawet na spacerze. Nie wypada kobiecie chodzić szybko, zresztą mężczyźnie też. Kiedy znajomi się widzą na ulicy z dystansu, nie powinni do siebie krzyczeć „dzień dobry”, lecz powinni się pozdrowić, kiedy są blisko siebie. Nawet jeśli ktoś odwiedza nas w domu i widzimy go/ją w odległości 2 m, nie może powiedzieć „dzień dobry”, ale musi przyjść bardzo blisko i podać rękę. Potem następuje cała grzecznościowa wymiana pozdrowień: „dzień dobry, jak się masz, a jak ci się spało, jak się miewa rodzina”, itp. dopiero potem osoba przystępuje do rzeczy, lub odchodzi. Wymiana zdań również następuje jakby w zwolnionym tempie. Ugandyjczycy wszystko robią niezwykle wolno (tylko samochody prowadzą niezwykle szybko). Nie da się tego opisać, jak bardzo wolno. To jest zupełnie inny świat, niż nasze realia bycia ciągle w pośpiechu. Zwykle wieczorem proszę którąś z dziewczyn o przyniesienie mi wody na umycie się. Nieraz zabiera im to i kilkanaście minut bez wyraźnego powodu. Rano dziewczyny mają pewne obowiązki w domu, które zabierają im dwa razy więcej czasu, niż zabrałyby przeciętnej Polce.

We wrześniu obchodziliśmy 7 rocznicę Bringing Hope. Ja byłam odpowiedzialna za sprawy organizacyjne i przygotowanie kolacji. Miałam dopilnować, żeby miejsce było ustrojone i jedzenie było gotowe na czas. Było to wyzwanie, które kosztowało mnie wiele nerwów. Dziewczyny obierając ziemniaki, co chwilę się zatrzymywały w wykonywaniu tej czynności, rozmawiając przy tym. Musiałam stać nad nimi i cały czas im przypominać, że czas ucieka, ale one i tak się nie śpieszyły. Istotne w całej historii jest to, że jeśli masz w Ugandzie do przygotowania obiad na np. 17:00, składający się z kilku różnych dań, to musisz zacząć gotować o 10:00, aby się wyrobić. Czyli przeznacza się na to 7 godzin. W Polsce, korzystając z dobrodziejstw kuchenki, zajęłoby to może 3 godziny. Myśmy zaczęli około 12, gdyż osoba odpowiedzialna za gotowanie, nie zaczęła gotowania z powodu braku wody. Otóż dziewczyny, które miały tę wodę przynieść ze źródła, były zajęte czymś innym właściwie nieistotnym. Jednakże ta osoba nie tylko nie wysłała ich do źródła, ale nawet nie kazała im robić czynności pośrednich, jak na przykład krojenie warzyw. Ja nie mogłam być w domu o 10:00, aby wszystkiego dopilnować, bo musiałam być w szkole. Jak wróciłam o 12 i zobaczyłam, że gotowanie nie zostało rozpoczęte, byłam bardzo rozłoszczona, gdyż powód był tak banalny! Dzięki Bogu goście się spóźnili i właściwie przyszli około 18:30, kiedy prawie skończyliśmy gotowanie. Było to jednak doświadczenie, którego nie chciałabym już powtórzyć.

Innym przykładem pokazującym totalny luz Ugandyjczyków i nie przejmowanie się terminami jest fakt zamówienia szafy przeze mnie w połowie lipca, kiedy zapłaciłam za nią. Poprosiłam o zorganizowanie tej sprawy pewną zaufaną osobę. Po trzech tygodniach zapytałam się stolarza (który jest nauczycielem w szkole zawodowej i był odpowiedzialny razem ze studentami za wykonanie tej szafy), gdzie jest moja szafa? A on mi odpowiedział, że nic nie wie na ten temat. Wobec tego zapytałam się administratora, w czym jest problem. Powód był bardzo banalny: zakup właściwego drewna, co normalnie zajęłoby dwa dni. Jego argumentacja w ogóle mnie nie przekonywała. Po około sześciu tygodniach stolarz zabrał się w końcu do robienia mojej szafy, której skończenie powinno zająć maksymalnie kilka dni, czy możecie uwierzyć, że nadal nie mam mojej szafy? To są już cztery miesiące :) Odpuściłam sobie już tę szafę, bo nie chcę się denerwować. Jak będzie w końcu gotowa, to dam ją w prezencie wychowawczyni w domu dziecka.

Inna historia dotyczy poczucia odpowiedzialności. Chodzi o problem z troszczenia się o coś, co bezpośrednio do nich nie należy. Znam osobę, która przekazała dla pewnej organizacji w Ugandzie $800. Organizacja zdecydowała za $400 naprawić młyn, aby mieć dochód z mięcia mąki na swoje potrzeby. Natomiast drugie $400 przeznaczyła na nabycie mebli szkolnych. Stolarz miał wykonać 10 biurek i ławek. W ciągu 4 miesięcy zrobił tylko cztery komplety, natomiast pozostałe drewno zostało zmarnowane, gdyż zostawił je na słońcu i deszczu na zewnątrz. Drewno nadawało się więc już tylko do pieca. Czy możecie sobie wyobrazić ból serca tej osoby z powodu zmarnowania jej ciężko zapracowanych pieniędzy? Po całym zajściu okazało się, że nikt nie czuje się odpowiedzialny za to, bo każdy widział winę w kimś innym. Muszę przyznać, że osobom z naszej kultury, szczególnie tym, którzy są perfekcjonistami jak ja, jest niezwykle trudno zaakceptować tego typu sytuacje. Mogłabym wymienić również kilka innych podobnych sytuacji, ale myślę, że te wystarczą. Wielu Muzungu jest rozczarowanych, gdyż ich pomoc dla Afryki jest niedoceniania i marnowana. Dlaczego tak się dzieje? To nie jest tylko problem kultury, lecz głównie braku edukacji, braku metod rozwijania kreatywnego myślenia u ludzi. Wiele ich błędów wynika w pewnym sensie z bezmyślności. Niedawno widziałam spawacza, używającego na zewnątrz generatora i spawającego w strumieniach deszczu!

Inna sytuacja miała miejsce w zaprzyjaźnionym domu, gdzie pewien szklarz był odpowiedzialny za wstawienie szyb w okna. Część z tych szyb została wykonana, natomiast część z nich nadal czeka na swą szansę i jest to już pół roku! Co najciekawsze – szyby są zakupione, trzeba je było tylko zabrać do sąsiedniego miasta do pocięcia. Niewiarygodne, prawda?

Pisząc o tego typu zachowaniach, chcę przede wszystkim Was ostrzec, jeśli wspieracie finansowo jakieś organizacje misyjne, miejcie pewność, że Wasze pieniądze nie są marnowane. Z drugiej strony zachęcam Was bardzo, bardzo do wspierania edukacji dzieci i młodzieży w krajach Afryki, gdyż to zapewni Afryce rozwój w każdym wymiarze oraz przyczyni się do podniesienia jakości życia. Jeśli chcecie pomóc, dajcie pieniądze przede wszystkim na budowę instytucji oraz edukację. W najbliższym mieście Fort Portal są dwa szpitale. „Bringing Hope” dwa razy w tygodniu zabiera pacjentów z wiosek do tego lepszego szpitala. Płaci też ich rachunki (szkoły i szpitale są płatne). Miałam okazję widzieć ten „lepszy” szpital, który wygląda w środku jak jakiś szpital polowy. Myślę więc, że to powinno być celem naszego wsparcia: budowa instytucji, jak szpitale, szkoły i domy dziecka oraz edukacja i jeszcze raz edukacja. Muszę Wam kiedyś przesłać zdjęcie szkoły w wiosce. Nie wiem, jak mam to opisać. Budynek bez podłóg, bez biurek i krzeseł w wielu klasach. Dzieci siedzące na matach. Oczywiście są też i nieco lepsze budynki z biurkami i krzesłami, lecz nieczęsto. W naszej szkole zawodowej nie ma biurek, są tylko ławki. Uczniowie muszą notować „na kolanie”.

Oprócz tych wielkich potrzeb, te „małe” wydają się banalne. Jednakże, kiedy widzę te biedne, bose dzieci to serce mi się kraje i chciałabym mieć możliwość odziania ich i obucia, kupienia zabawek i materiałów szkolnych. Tak więc, zaspokajajmy tak wielkie, jak i małe potrzeby biednych w krajach Trzeciego Świata na miarę naszych możliwości.

W tych okolicznościach kulturowych bardzo podziwiam Faith (dyrektorkę „Bringing Hope”), gdyż jest kobietą autorytetu i działa jak Muzungu, kierując tą organizacją. Jest wybitną osobowością. Będąc tutaj, widzę, że wszelkie dofinansowania dla organizacji są przeznaczane na właściwe cele, a pieniądze ofiarodawców nie są marnowane. Faith ma zaufany zespół pracowników, którzy starają się dawać z siebie to, co najlepsze, czasem jednak również postępują bezmyślnie. Mam wtedy okazję widzieć Faith wybuchającą jak wulkan, ganiącą ich za ich niewłaściwe decyzje bez ogródek. Dziś na przykład osoba odpowiedzialna za wydanie z magazynu worka z mąką posho dla domu dziecka nie zrobiła tego na czas i dzieci prawie nie miałyby co jeść. Faith zrobiła awanturę tej osobie, gdyż taka sytuacja zdarzyła się nie pierwszy raz i w obecności wszystkich powiedziała: „jestem zmęczona twoją głupotą i bezmyślnością, postaraj się więc, aby nigdy więcej już tego błędu nie powtórzyć.”

Zbliżają się święta Bożego Narodzenia, jeżeli więc ktoś z Was chciałby wesprzeć finansowo projekt „radosnych świąt dla HomeAgain”, proszę o kontakt na mojego maila. Wszelkiego rodzaju pomoc będzie mile widziana, a Wy możecie mieć pewność, że Wasze pieniądze nie zastaną zmarnowane, gdyż ja sama dopilnuję, aby poszły na właściwy cel. Z góry dziękuję.

Brak komentarzy: