Dlaczego założyłam bloga

W lipcu 2007 znalazłam się w Ugandzie, aby pracować jako wolontariusz. Było to moim marzeniem od wielu lat, jednakże nigdy wcześniej nie miałam możliwości, aby się ziściło. Koszty mojego przyjazdu i pobytu na prawie 9 miesięcy to około $8000, jednakże wartość realizacji marzenia nie jest przeliczalna na $$$. Wielu moich przyjaciół w Polsce i w Australii pomogło mi finansowo, abym mogła się tu znaleźć, za co jestem im bardzo wdzięczna. Na tym blogu będę umieszczać wrażenia z mojego pobytu i pracy jako wolontariusz w organizacji "Bringing Hope To The Family".


Bieżące informacje z misji w Ugandzie (2010-2013):

czwartek, 27 grudnia 2007

Moje Święta w Ugandzie i radość wielu

Nieprawdopodobnie szybko minęły mi Święta. Tak wiele się działo, że czułam, iż czas pędzi. W Wigilię byliśmy na ostatnich przedświątecznych zakupach i wróciliśmy dość późno, oprócz tego, że musiałam też sprawdzić stolarza oraz jak idzie montowanie baterii słonecznej i malowanie w domu dziecka. Zaczęłam więc pakować prezenty dla dzieci z domu dziecka około 19:00, a skończyłam około północy. Akurat młodzież z domu dziecka biła w bębny, aby zaznaczyć czas Bożego Narodzenia. Natomiast w dzień Bożego Narodzenia musiałam być już przed 8 rano w domu dziecka, aby przygotować choinkę i uszykować pod nią prezenty. Na każde dziecko było przeznaczone 40.000 szylingów. Ustaliliśmy z Faith i Ewą wychowawczynią domu dziecka, że z tych pieniędzy 4.000 zostanie przez dzieci przeznaczone jako ofiara świąteczna do kościoła, czym one się ogromnie ucieszyły, gdyż to było ich marzeniem – móc przynieść pieniądze do koszyka w kościele w dzień świąteczny. Kolejne 4.000 zostanie przeznaczone na zakup własnej kury, co jest bardzo ważne dla generowania dochodu dla nich, bo jak kiedyś pisałam, dom dziecka nie ma żadnego regularnego przychodu oprócz drobnych pieniędzy ze sprzedaży mleka. Tak więc doszedłby do tego dochód ze sprzedaż jajek i kurcząt. Wiem, że nam trudno patrzeć ich kategoriami, ale wielu z nich ucieszyło się bardziej z posiadania własnej kury, niż gdyby mieli sobie kupić słodycze lub zabawkę.

Zrobiłam tez losy z imionami dzieci na kilka dni przed świętami i każde dziecko wylosowało jedną karteczkę z imieniem i dla tej osoby miało kupić prezent świąteczny. Wspólnie ustaliliśmy, że przeznaczą 4.000 na „prezent dla przyjaciela”. To miało nauczyć te dzieci myślenia o sobie nawzajem i troszczenia się o siebie nawzajem, a także bycia zdolnym do podzielenia się. Bardzo się im ten pomysł podobał.

Znalazły się też pewne osoby wśród moich przyjaciół, które przysłały pieniądze na jedzenie świąteczne dla dzieci. Nie jestem w stanie opisać ich radości podczas noszenia produktów żywnościowych z samochodu do ich spiżarni. Dzieci te wiedziały, że ich święta zapowiadają się inaczej i radośniej niż w poprzednie lata. A mnie patrząc na ich radość, cisnęły się łzy do oczu i myślałam: „kim ja jestem, że mam szansę widzieć, jak „niewiele” przysłane przez moich przyjaciół, może zmienić tak wiele i dać im nową nadzieję, nie tylko wraz z nowym domem, ale także wraz z nowego rodzaju wymiarem świąt, kiedy te dzieci mogą „fizycznie” doświadczyć miłości „białych”, których na oczy nie widzieli.” Dla tych dzieci fakt, że ktoś się o nie zatroszczył na święta ma znaczenie większe, niż wartość prezentów.

Wracając do prezentów. Za pozostałe 28.000 szylingów zostały zakupione im ubrania, buty i środki kosmetyczne. Z pieniędzy, które napłynęły na prezenty, zostały zaopatrzone dzieci z domu dziecka oraz dzieci z drugiego i trzeciego domu dziecka. Jeśli piszę „drugi i trzeci dom dziecka” mam na myśli pewne dwa domy. Jeden prowadzi mama Faith – Elizabeth, gromadząc przy sobie od 10 do 20 dzieci w domu 4 pokojowym!!! Część z tych dzieci jest sierotami, a inne są z rodzin patologicznych. Natomiast kolejny dom należy do pani Jane, wdowy, która oprócz własnych 7 dzieci, ma pod opieką kilkoro innych sierot. Jane jest nauczycielką krawiectwa w szkole zawodowej. Kiedy jej mąż zmarł dwa lata temu, była totalnie załamana. Została sama z 7 dzieci i bez żadnego źródła dochodu. Faith zatroszczyła się o nią, jak i o 150 innych wdów, dając im nową nadzieję.

Dlatego nazwa organizacji jest tak trafiona – „Bringing Hope To The Family” („Niosąc Nadzieję dla Rodziny”). Nawiasem mówiąc, Faith ma jeszcze dwa inne imiona: Kunihira (nadzieja) i Filo (miłość). To niezwykłe, że ta kobieta mając na imię „Wiara Nadzieja Miłość” jest żywym obrazem znaczenia swoich imion, praktycznie wyrażając swą wiarę w Boga i wzniecając nową nadzieję w ludziach, okazując im miłość i troskę.

Tak więc organizując pieniądze na zakup prezentów świątecznych, wzięłam pod uwagę nie tylko dzieci z domu dziecka, który prowadzi organizacja, ale także dzieci w wymienionych powyżej dwóch domów oraz ośmioro dzieci sąsiadów (które wraz z babcią i matkami żyją w jednoizbowej lepiance, która jest 2m na 3m, śpiąc na podłodze), a także dzieci pewnego znajomego (jedenaścioro, pięcioro jego własnych i sześcioro sierot, które ma pod opieką) oraz kilkoro dzieci z wioski. Ogółem prezenty świąteczne otrzymało 86 dzieci i 6 wychowawców.

Dzieci i wychowawcy z dwóch szkół podstawowych z Poznania przysłały 4.600zł. Czyż nie jest to czymś niezwykłym? Jeżeli niewiele ponad setka dzieci, młodzieży i wychowawców z tylko(!!!) dwóch szkół potrafiła się zorganizować, aby wysłać 4.600zł, to jaki potencjał tkwi w nas Polakach! Jeżeli do tej pory „tylko” 142 osób potrafiło przysłać 47 tys. zł na nowy dom dziecka, to jaki niewykorzystany potencjał tkwi w nas Polakach! Myślimy o sobie, że jesteśmy „biednym” narodem, ale okazuje się, że potrafimy się zjednoczyć, pomagając biednym i sierotom w Afryce. To świadczy o naszej wrażliwości i ukrytych możliwościach. Cieszę się, że zostały one na te Święta uwolnione! Jestem taka podekscytowana, że ja mogę w tym uczestniczyć. Wy wysyłacie swe pieniądze, ale ja oglądam radość tych ludzi! Ale Wy też to zobaczycie, gdyż rejestruję wszystko aparatem i filmuję, niestety też aparatem, więc jakość obrazu nie jest najlepsza, ale wystarczająca, abyście i Wy mogli zobaczyć, jak Wasze pieniądze przyczyniły się do poprawienia jakości życia dzieci, a także do ich ogromnej radości otrzymania nieoczekiwanych prezentów świątecznych.

Mogłabym oglądać godzinami dwuletniego Wiktora ganiającego za balonem w święta, podskakującego i śmiejącego się wniebogłosy. A tylko parę dni wcześniej widziałam go smutnego, siedzącego na progu budynku domu dziecka w podartym ubraniu. Żałowałam, że nie miałam wtedy aparatu, bo był to widok łamiący serce. Wasze „parę złotych” zmienia oblicze „tego świata”. Nie zapomnijcie nigdy o tym, że uczyniliście coś wyjątkowego dla afrykańskich dzieci w te Święta i wierzę, że Wasza ofiarność nie skończy się na tych projektach. Wracam do Polski w styczniu, po zakończeniu projektu nowego domu dziecka i mam zamiar zająć się pełnoetatową pracą zbierania funduszy dla afrykańskich dzieci. Mam mnóstwo pomysłów, jak to zrobić oraz kilka projektów w przygotowaniu (będę o nich jeszcze pisać).

Wracając jednak do tematu Świąt, chciałabym dodać ostatnią rzecz. Wczoraj jak dyskutowałyśmy z Faith sprawę prezentów świątecznych i rozmawiałyśmy na temat budowy nowego domu dla sąsiadów – z tych pieniędzy, które zostały przysłane na prezenty świąteczne, gdyż te ośmioro dzieci z tego domu dostało symboliczne prezenty, a pozostała kwota 400.000 szylingów (około 650zł) zostanie przeznaczona na budowę ich nowego domu. Nawiasem mówiąc przydałoby się jeszcze około 600zł na zakup łóżek i koców dla nich. To byłoby coś wielkiego dla nich, gdyż oni śpią na matach na klepisku, przykrywając się szmatami. Rozmawiając na ten temat, Faith powiedziała mi ze łzami w oczach: „wiesz Honia, że od siedmiu lat nosiłam w sercu pragnienie zbudowania im domu? W końcu przez twoich przyjaciół realizuje się pragnienie mego serca, aby dać tym biednym ludziom nowy dom”.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której nie napisałam, a mianowicie dzień Bożego Narodzenia w kościele. Po pierwsze kościół był udekorowany… papierem toaletowym!!! Byłam zażenowana, jak to zobaczyłam, ale potem uświadomiłam sobie, że papier toaletowy jest dla nich znakiem luksusu. Zrobili, co mogli i co dla nich było niejako wyrazem wdzięczności Bogu, że mają tak dobre święta w tym roku, iż mają nawet papier toaletowy (bo był on przyniesiony przez dzieci z domu dziecka). Po drugie był w kościele czas na refleksje świąteczne od wiernych i 70% z nich dotyczyło tego, jak bardzo są wdzięczni Bogu za swoich nowych przyjaciół z Polski, którzy przyczynili się do ich wspaniałych Świąt w tym roku.

Kończąc moje świąteczne refleksje, chcę tylko jeszcze Wam powiedzieć, że mieliśmy świąteczny obiad przy nowym budynku domu dziecka. Miałam cudowne święta wśród dzieci z domu dziecka. Kupiliśmy im piłkę do siatkówki i piłkę do piłki nożnej oraz dużo balonów i słodyczy. Mieliśmy wszyscy razem wspaniałe święta, choć nie jeszcze w nowym domu, ale te dzieci wiedziały, że nie otrzymują „tylko” pomocy z Zachodu, ale są przez Was w praktyczny sposób kochane!

„Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką możliwą wiarę, tak iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym. I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał. Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje, nie jest jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie… Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy: z nich zaś największa jest miłość” (Biblia, 1 Koryntian 13).

poniedziałek, 24 grudnia 2007

Świątecznie...

Dziś jest Wigilia Bożego Narodzenia i chcę napisać choć parę słów. Mój kolejny post miał być o kobietach, ale w związku ze specjalną dzisiejszą okazją będzie o czymś innym. Piszę tego posta w samochodzie. Jesteśmy w drodze do Fort Portal, aby zrobić końcowe świąteczne zakupy. W wioskach, które mijamy jest mnóstwo ludzi, którzy kupują mięso. Pisałam kiedyś, że w związku z ogromną biedą tych ludzi, mięso je się rzadko, zwłaszcza w licznych rodzinach i dlatego Święta znaczą dla nich mięso na obiad. Dzieci w domu dziecka jedzą mięso parę razy w roku. Mój kolejny projekt będzie dotyczył właśnie wzbogacenia jedzenia dla dzieci z domu dziecka oraz dla dzieci HIV+, o które organizacja się troszczy.

W tym czasie wigilijnym cieszę się, że te dzieci będą mogły otrzymać prezenty, które zostały zasponsorowane przez dzieci z dwóch poznańskich szkół. Będzie to pierwszy raz w ich życiu, a niektórzy z nich są już nastolatkami. Wśród nich jest osiemnastoletnia dziewczyna półsierota Evalyn, której matka się nią zbytnio nie interesuje. Bardzo zdolna dziewczyna, bardzo bystra, niestety wskutek braku finansów uczy się krawiectwa, choć mogłaby skończyć studia z wyróżnieniem.

Poniżej zamieszczam treść mego świątecznego maila, bo nie wiem, czy do wszystkich dotarł, gdyż Internet jest tu niepewny.

Przychodzi mi spędzić Święta Bożego Narodzenia w zupełnie odmiennych warunkach, niż dotychczas i zupełnie innym nastroju świątecznym, a właściwie jego braku. Wobec wszechogarniającej biedy i braku elektryczności, nie ma tu w ogóle nastroju świątecznego, jak w krajach "Muzungu" (białych ludzi). Ale czy o nastrój w świętach chodzi? My mawiamy, że święta Bożego Narodzenia są świętami rodzinnymi i nikt w tym czasie nie powinien być sam. Dla Ugandyjczyków życie rodzinne jest "chlebem powszednim", gdyż oni maja czas i siebie nawzajem oraz liczne rodziny. Często przez pół roku zbierają pieniądze na jedzenie świąteczne, czyli głównie na mięso i nowe ubrania. Jest to bardzo smutne, że żyją w tak poniżających warunkach.

Dziś byłam w drugim domu dziecka wręczyć prezenty świąteczne, które zostały zasponsorowane przez dzieci z dwóch poznańskich szkół. Nie wiem jak wyrazić radość tych Ugandyjskich sierot, gdyż one nigdy w życiu nie dostały prezentów świątecznych. To bardzo smutne. Mam video z wręczania prezentów, więc jak wrócę do Polski wielu z Was będzie miało okazję zobaczyć jak to wyglądało. Kochani sponsorzy prezentów świątecznych - przyczyniliście się do niewypowiedzianej radości tych dzieci. W ich imieniu serdecznie Wam dziękuję!

Dziękuję wszystkim sponsorom nowego domu dziecka za przyłączenie się do projektu. Niestety dzieci nie wprowadzą się na święta do nowego domu z powodu opóźnień w pracy wykonawców :( Np. przez kilka dni nie mogliśmy dostać cementu, który się po prostu "skończył". Malarz miał problemy rodzinne i nie mógł przyjść do pracy, wiec nawalił z terminem zakończenia prac malarskich. Stolarz w Fort Portal się spóźnił, bo były kilkudniowe przerwy w dostawie prądu. Nie jesteście sobie w stanie wyobrazić przez jakie stresujące i frustrujące sytuacje musiałam przejść tu na miejscu, próbując mimo wszystko doprowadzić sprawę do końca. W końcu się popłakałam ze złości i bezsilności. I powiedziałam sobie: "Honorata, głową muru nie przebijesz".

To było okropne doświadczenie uświadomienia sobie, że moje marzenie nie zrealizuje się w pełni, dając nowy dom tym dzieciom na święta. Nie jestem w stanie określić terminu ich wprowadzenia się. Wydaje się, że tak niewiele zostało do zrobienia, ale nikt nie potrafi określić terminów w Afryce. Jak mówi powiedzenie: "my mamy zegarki, a Afrykańczycy maja czas..." Uspokoiłam się już i nie rozpaczam, ale staram się zrobić wszystko, by te dzieci mimo wszystko i tak miały niezapomniane święta, a takie będą z powodu ich wyjątkowych prezentów świątecznych, które w takiej formie otrzymały pierwszy raz w życiu!!! Oraz dużo lepszego jedzenia, gdyż i na ich świąteczne jedzenie zostały przysłane pieniądze. Dziękujemy za to!!!

Kończąc, życzę Wam w imieniu swoim i dzieci, a także Faith dyrektorki organizacji "Bringing Hope To The Family" wyjątkowych świat Bożego Narodzenia. Pamiętajcie o nas przy wigilijnym stole!

Pamiętajcie także, że w Afryce 30% populacji dzieci to sieroty. A 35% spośród nich jest zarażone wirusem HIV. Nie zapomnijcie, że 20% dzieci w Afryce umiera na choroby uleczalne w krajach "Zachodu". Co pół minuty jedno afrykańskie dziecko umiera na malarię http://www.dyp2006.org/ww/pl/pub/dev_youth_prize/info/guidelines.htm A co minutę w Afryce umiera kobieta w ciąży http://serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34183,3336089.html Nie mówiąc już o przemocy wobec dzieci oraz tzw. "dzieciach-żołnierzach" głownie w Sudanie i na północy Ugandy. Statystyki tu można wydłużać w nieskończoność...
W czasie, kiedy radujemy się życiem i pamiątką narodzenia się Jezusa Chrystusa 2000 lat temu i patrzymy na te kartki świąteczne z małym dzieciątkiem w żłobie, nie zapomnijmy, ze 40% Afrykańczyków żyje w warunkach stajni na co dzień, a co najmniej 20% Afrykańczyków jest bez dachu nad głową.

Nie chcę tak przygnębiająco kończyć mego maila, ale podejrzewam, że wielu z nas żyje w błogiej nieświadomości, koncentrując się wokół własnego talerza wigilijnego. Niech dzieci z Afryki zasiądą w tym roku z Wami przy stole. Nie dopuście, abyście w jakikolwiek sposób nie wzięli udziału w akcjach charytatywnych w te święta, choćby kupując świeczkę Caritasu. Zróbcie też coś dla tych biednych, których znacie po imieniu...

Świątecznie i pogodnie mimo wszystko Was pozdrawiam. Bieda w świecie może obezwładnić i zniechęcić do robienia czegokolwiek, dlatego zróbmy, co w naszej mocy…

Wesołych Świąt kochani!!!
P.S. Na zdjęciu Faith i Victor (najmłodszy w domu dziecka).

wtorek, 18 grudnia 2007

Idą Święta...

Znów wypada mi zacząć ten post od stwierdzenia, że choć mam wiele do napisania to nie mam czasu na pisanie :( Jestem totalnie zajęta moim projektem, bo co drugi dzień muszę jeździć do sąsiednich miast (co mi zajmuje zwykle kilka godzin), aby sprawdzić stolarza, krawcowe (zasłony), a i w biurze muszę dopilnować spraw finansowych i administracyjnych. Chodzę też na budowę sprawdzać murarzy. To musi być jakaś szczególna pomoc z Nieba, że potrafię ogarnąć te wszystkie rzeczy, bo jest niewyobrażalnie dużo spraw do załatwienia.

W ubiegłym tygodniu wróciłam z Kampali, gdzie sprawnie zrobiłam zakupy dla wyposażenia domu dziecka. Kosztowało mnie to ogromnie dużo wysiłku i niedospania. Poza tym Kampala nie jest bezpiecznym miastem do noszenia gotówki ze sobą, ale nic mi się nie stało. Targowałam się bardzo o wszystko, starając się zaoszczędzić, ile tylko było można na wszystkim. Ministerstwo Zdrowia ostrzegało przed wirusem Ebola, który obecnie zbiera żniwo w Ugandzie, a którego zarażenie się w 90% kończy się śmiercią. Mówiono: „unikać miejsc publicznych”. Jednakże w kilkumilionowym mieście nie da się stronić od tłumów. Nawet wieczorem, kiedy próbowaliśmy się dostać do busu, tyle osób czekało, że trzeba było się strasznie pchać i w tym całym zamieszaniu rozdarłam moje ulubione jeansy, ale dostałam się do środka! W każdym niczym się nie zaraziłam i nic mi się nie stało :)

Od tygodnia jestem w wiosce z powrotem. Obecnie koncentruję się na nadzorowaniu prac związanych z wykończeniem tynkowania wewnątrz domu dziecka. Jutro malarz przychodzi malować, a w poniedziałek przywozimy meble. Wobec czego w poniedziałek wieczór – Wigilię Bożego Narodzenia, dzieci powinny się wprowadzić, o ile nikt nie nawali, co niestety jest możliwe. Mam tu informację dla wszystkich sponsorów: nie będziemy robić oficjalnego otwarcia domu dziecka w święta, ale po świętach. Cieszymy się ogromnie, bo wiele osób odpowiedziało na mój apel i częściowo już przyszły pieniądze na budowę kuchni, toalet, pryszniców i na częściowe tynkowanie zewnętrzne. Wciąż jednak czekamy więcej osób, które chciałyby wesprzeć ten projekt. Z wprowadzeniem się dzieci do nowego domu dokładnie w wigilię nasuwa mi się jedno skojarzenie – narodzenie Jezusa w stajence, bo nie było dla Niego miejsca nigdzie indziej. Przez wiele lat te dzieci żyły niejako w stajni, widzieliście przecież zdjęcia! Natomiast to Boże Narodzenie jest dla nich przełomowe pod względem zmiany warunków. Dziękuję Wam wszystkim, którzy przyczyniliście się do dania im nowej nadziei wraz z nowym domem :)

Te święta będą absolutnie wyjątkowe i inne, niż każde jedne w ich życiu. Także dlatego, że znalazły się dzieci i młodzież z dwóch szkół poznańskich, które zebrały pieniędzy na prezenty świąteczne dla tych dzieci, a także dla innych dzieci z wioski. Widzieliście zdjęcie domu naszych sąsiadów, domu pokrytego trawą, który ma jeden pokój i wymiary 3m na 2m. W tym domu mieszka 10 osób! Dwoje dorosłych i ośmioro dzieci! Wśród dzieci, które są na liście prezentów świątecznych, umieściłam również dzieci z tego domu. Kiedy z Faith rozmawiałam o zakupie prezentów dla nich, ona powiedziała: „lepiej zbudujmy dla nich nowy dom”. Ten pomysł wydał mi się rewelacyjny. Nowy dom na święta! Pieniądze, które miałyby być przeznaczone na prezenty, zostaną przeznaczone na zakup blachy na dach i innych materiałów. Będzie to dom gliniany, ale znacznie lepszej jakości. Już się ekscytuję na samą myśl o tym, jak oni się będą cieszyć.

Wciąż jednak proszę o wsparcie zakończenia projektu domu dziecka, gdyż jak wiecie „w miarę jedzenia apetyt rośnie”, wobec tego i ja chciałabym widzieć ten dom całkowicie wykończony, razem z zewnętrznym tynkowaniem. Potrzebujemy jeszcze około 5.000zł. Przyszły już też pieniądze na baterię słoneczną. Dziękujemy! Dziś już ją zamówiłam i jutro przychodzą ją montować ku wielkiej radości nas wszystkich. Tak bardzo jestem Wam wszystkim wdzięczna: razem dokonaliśmy czegoś wielkiego! Zobaczycie to wszystko na zdjęciach oraz video, które również planuję zmontować i dać wszystkim sponsorom razem ze specjalnie przygotowanymi kartkami z podziękowaniem od dzieci. Każdy sponsor domu dziecka otrzyma kartkę noworoczną od dzieci z domu dziecka, ich świąteczne zdjęcie oraz płytę z przygotowanym specjalnie przeze mnie video. Na zawsze będziecie pamiętać, że w roku 2007 na święta Bożego Narodzenia przyczyniliście się do przyniesienia radości i nadziei sierotom z ugandyjskiego domu dziecka. Moja mama wysłała mi opłatki, chciałabym więc, abyśmy się nimi dzielili na święta w domu dziecka. Na ścianach domu dziecka będą wisieć zdjęcia sponsorów tak, jak planowałam. Ramki już zamówiłam u stolarza dzisiaj. Powieszę je jednak, jak całkowicie zakończę projekt, kiedy przyporządkuję każdemu sponsorowi daną rzecz. Jeżeli przyjdzie więcej pieniędzy, niż potrzeba na wykończenie domu dziecka, to zostaną one przeznaczone na dwa projekty zapewnienia stałego dochodu dla domu dziecka: na kurnik oraz na zakup ziemi pod uprawę warzyw. To jest ogromnie ważne, gdyż w chwili obecnej te dzieci prawie przez cały czas jedzą to samo: fasolę, kapustę i posho. Czasem ziemniaki z małego ogrodu, który uprawiają oraz matoke, bo mają parę drzew bananowych.

Przyszły rok będzie również znamiennie inny dla tych dzieci. Nowy dom – nowa nadzieja. W wielu różnych wymiarach będzie to dla nich lepszy rok. Dziękuję Wam wszystkim, którzy się do tego przyczyniliście! Na zdjęciu dzieci z domu dziecka ze świecami. Światło kojarzy się z nadzieją. Dziękujemy Wam za tę nadzieję, którą przez swoje wsparcie finansowe im przynieśliście!

niedziela, 2 grudnia 2007

Nowy projekt - bateria słoneczna


Poprzez wiele obowiązków dnia codziennego nie mam czasu pisać postów tak często, jak poprzednio. Miniony tydzień był chyba moim najbardziej intensywnym czasem w Ugandzie. Kończył się rok szkolny więc miałam do przygotowania i sprawdzenia testy dla młodzieży ze szkoły zawodowej. Faith (dyrektorka organizacji) jest od 4 tygodni w USA. Pojechała tam na zaproszenie Global Support Mission http://www.globalsupportmission.com/ oraz Embrace Uganda http://www.embraceuganda.com/ szukać finansów na budowę szpitala, którego wizję nosi w sercu. Tak więc mam bardzo dużo pracy w biurze, gdyż jak sama Faith powiada: „Honia, jesteś dla mnie błogosławieństwem, bo gdyby cię nie było z nami, nie mogłabym jechać do USA, a tak jestem spokojna, że świetnie dopilnujesz każdej sprawy i poprowadzisz biuro”. To bardzo miłe otrzymać taką opinię z ust tak niezwykłej osoby jak Faith, ale jednocześnie jest niemałym wyzwaniem, bo pracy jest ogrom. Na szczęście nieźle sobie radzę :)

Oczywiście również wiele czasu pochłania mi projekt „Nowy Dom Dziecka – Nowa Nadzieja”. Meble już zostały przeze mnie zamówione – 4000$. W środę jadę do Kampali na tydzień zrobić zakupy za kolejne $3000 na inne potrzebne sprzęty i rzeczy dla nowego domu dziecka. Jak im ostatnio powiedziałam, ile wydam dla nich w Kampali, to tak te dzieci zaczęły się cieszyć i piszczeć, że już sam ten widok wynagrodził mi wszelkie trudy. Taka jestem szczęśliwa, że moja rodzina i przyjaciele oraz osoby, których wcześniej nie znałam, a które przesłały swój dar serca na mój projekt, odpowiedzieli na mój apel o sfinansowanie wykończenia nowego domu dziecka.

Moim kolejnym marzeniem jest umieszczenie baterii słonecznej w domu dziecka. Kosztować to będzie około 15 tys. zł. Jak się okazuje, nie mamy też pieniędzy na budowę toalet, pryszniców i kuchni, na co potrzebujemy około 6 tys. zł. Wobec tego każde kolejne przesłane pieniądze chcę przeznaczyć na ten cel. Kochani nie wyobrażacie sobie jak jest przykre życie bez elektryczności. My, ludzie „Zachodu”, mamy przywileje, których nie doceniamy, ale uznajemy je za coś normalnego. I jak wyłączą prąd na godzinę to panikujemy. Tutaj ludzie muszą sobie radzić bez światła. Dla mnie jest to jedna z najtrudniejszych rzeczy w Ugandzie do przywyknięcia. Piszę tego posta w niedzielę wcześnie rano (bo od 5 zwykle już nie śpię – koguty albo szczury mnie budzą), siedząc przy świeczce – i to wcale nie jest nastrojowe! Tak więc kochani – dziękuję każdej i każdemu z Was za przysłane datków na mój projekt. Dokonał się cud! W ciągu miesiąca napłynęło prawie 25 tys. zł!

Tych z Was, którzy właśnie są na etapie wysyłania swoich pieniędzy informuję, że pragnę te pieniądze przeznaczyć na zakup baterii słonecznej dla domu dziecka. Będzie to czymś absolutnie wyjątkowym dla tych dzieci, gdyż w naszej wiosce nikt nie ma prądu, a na ugandyjskich wioskach jest prąd zaledwie w 10% domostw! Nawet w miastach czasem nie ma prądu po kilka dni! Mając baterię słoneczną te dzieci będą mogły się uczyć wieczorami, a także oglądać telewizję i filmy edukacyjne. Oglądanie telewizji pomoże im w nauce angielskiego, gdyż one oczywiście mówią swoim dialektem, a komunikowanie się w języku angielskim jest absolutnie konieczne do studiowania oraz otrzymania dobrej pracy. Bardzo mi zależy na tych dzieciach, aby każde z nich osiągnęło niezależność finansową w przyszłości, kończąc studia i mając dobre prace. One mają piękne marzenia co do przyszłości. Chcą się uczyć, snują plany o swojej przyszłości. To jest coś o czym będę pisać już niedługo to mój kolejny projekt finansowania edukacji najbardziej zdolnych dzieci.

Dwa tygodnie temu spotkał mnie pewien zaszczyt. Zaproszono mnie do Kenii, abym była jedną z przemawiających na pięciodniowej konferencji dla kobiet w grudniu! To jest niesamowity przywilej. Nie pojadę jednak, gdyż mogłoby to wpłynąć na zaniedbanie przeze mnie mojego projektu. Muszę tu być i wszystkiego dopilnować. Wierzę, że będę mieć jeszcze inne możliwości, aby zachęcać kobiety na jakiś konferencjach :)

Jeszcze raz bardzo Wam dziękuję za Wasze wsparcie dla projektu zapewnienia lepszych warunków życia dzieciom z domu dziecka. Na zdjęciu widzicie dzieci z domu dziecka, które Wam machają, trzymając karton, na którym jest napisany fragment z Biblii: „Bracia i siostry, nie miłujcie tylko słowem i językiem, ale czynem i prawdą”. Dziękuję wszystkim z Was, którzy dajecie dowód Waszej troski o biednych i sieroty, wspierając „moje” dzieci w Ugandzie.

niedziela, 18 listopada 2007

Do czego służy bęben


Mam trochę zaległości w postach i choć wiele się dzieje, nie mam wystarczająco czasu, aby o wszystkim pisać :( Tym, co teraz ogromnie mnie zajmuje jest sprawa projektu „Nowy Dom Dziecka – Nowa Nadzieja”. Dzieje się wiele w tym względzie i widzę jak moja wizja się realizuje, gdyż pieniądze napływają stopniowo wąskimi strumieniami, również od osób, których osobiście nie znam. W chwili obecnej mamy już 60% środków! Jestem tym taka podekscytowana, gdyż jest to już prawie pewne, że Święta Bożego Narodzenia nasze sieroty będą świętować w swoim nowym domu.

W ubiegłą niedzielę poszłam do tego nowego budynku, aby zobaczyć jak się prace posuwają i spotkałam tam kilkoro dzieci z domu dziecka, debatujących jak ich nowy dom będzie wyglądać i co będzie w tym pomieszczeniu, gdzie rozmawiali, a stali w pokoju dziennym. Więc zaczęłam ich oprowadzać po tym domu i wyjaśniać, co gdzie będzie. Ich radość była niewypowiedziana. Kiedy wyszłam z budynku to się popłakałam, gdyż wydaje mi się to czymś tak wspaniałym, że moi przyjaciele, rodzina oraz osoby, których osobiście nie znam, są zaangażowani w dziele zapewnienia lepszych życiowych warunków tym dzieciom, lecz nie tylko do tego. Wierzę bowiem, że wraz z tym nowym, pięknym domem przyjdzie i nowa nadzieja co do ich lepszej przyszłości.

Ten nowy dom jest też dla mnie osobiście pewnego rodzaju cudem. Jeśli się bowiem otwierają nasze portfele, aby się dzielić z biednymi, jeśli porzucamy nasz lęk o „wystarczająco pieniędzy na jutro”, jeśli decydujemy się wyjść poza nasz naturalny sposób kalkulacji zysków i strat, czyż to nie jest cud?

Jestem również pod wrażeniem zaufania ludzi do mnie. Przecież niektórzy z Was mnie osobiście nie znają. Jak więc to się dzieje, że decydujecie się zaufać obcej osobie i przekazać swoje pieniądze? Bóg mi jest świadkiem, że każda przekazana przez Was złotówka pójdzie na cel realizacji projektu. Mam jakieś takie przekonanie w sercu, że przyjdzie nawet więcej niż 25 tys. na ten cel. Zastanawiałam się, co zrobię z tą nadwyżką. Mam już pomysł na pewien biznes dla domu dziecka, z którego profit pozwoliłby urozmaicić ich posiłki (jak wiecie jedzą prawie codziennie to samo: posho, fasolę i kapustę) oraz zapewnić zaspokojenie innych podstawowych potrzeb. Dzienne finansowe zapotrzebowanie domu dziecka na zaspokojenie podstawowych potrzeb dla 34 osób to około 300 zł. Czyli około 9 zł na osobę. W to wchodzą trzy posiłki dziennie oraz środki czystości, nadwyżka poszłaby na buty i odzież. W chwili obecnej dom dziecka otrzymuje mniej niż 100 zł dziennie. Jak oni mają żyć za taką kwotę? Dobrze, że uprawiają swoje warzywa i mają kury (jajka) oraz krowy (mleko), bo inaczej byłoby im trudno przetrwać.

Mimo życia w tak skromnych warunkach te dzieci nie tracą radości życia, gdyż w innym wypadku byłyby bezdomne, a w tych okolicznościach mają zapewniony dach nad głową i chociaż jakieś jedzenie. Ostatnio widziałam dziecko odrabiające zadanie domowe na bębnie na dworze przy domu dziecka!!! Taki widok porusza serce i sprawia, że rodzi się jakiś bunt na to, że dzieci w naszym kraju mają wszystkiego pod dostatkiem, a te tutaj nie mają nawet stołu z krzesłem, że usiąść i odrobić zadanie. Pisałam kiedyś, że największą potrzebą Afryki jest edukacja. Jeśli dzieci nie mają nawet warunków do nauki (co ma miejsce w większości domów na ugandyjskich wioskach), to jakiego postępu oczekujemy od tego młodego pokolenia? Mimo bycia sierotami i mimo życia w takich skromnych warunkach „nasze dzieci” z domu dziecka mają nienajgorsze stopnie w szkole. Kiedyś modliliśmy się za dzieci w kościele i prawie każde dziecko, które podchodziło do ołtarza miało jedną intencję: „o mądrość i zdolność do nauki”. Tym bardziej ekscytuje mnie fakt, że w nowym domu te dzieci będą miały stoły i krzesła w swoich pokojach, a oprócz tego pokój lekcyjny z biblioteką, gdzie będą mogły odrabiać lekcje.

Obserwując życie codzienne Ugandyjczyków oraz sposób ich podejścia do pewnych spraw, niejednokrotnie jestem rozczarowana, gdyż brak wiedzy ogromnie ich ogranicza, nawet w prostych sprawach. Rzeczy, które nam by zajęły parę godzin – im zabierają cały dzień z powodu pewnego rodzaju ograniczenia umysłowego – niezdolności do kreatywnego rozwiązywania problemów. Pewnego dnia zostawiono stół w korytarzu organizacji na przejściu przy drzwiach. Każdy się potykał o ten stół, ale nikt nie wpadł na to, aby go nieco przesunąć! Ja to widziałam od samego początku, ale nic nie mówiłam, czekając kiedy się ktoś wpadnie na pomysł rozwiązania tego problemu. Przez kilka godzin nic się nie zmieniło! W końcu nie wytrzymałam i poprosiłam kogoś o przesunięcie tego stołu. Podobnie było z krzesłem innego dnia, które zostawiłam w taki sposób, że blokowało całkowite otwarcie drzwi do biura i przez pewien czas każdy się przeciskał, zamiast to krzesło ustawić w inny sposób. Dodam tylko, że Faith nie było wtedy w biurze. Ona, jako dyrektorka organizacji, jest absolutnie wyjątkowa pod każdym względem. Uważam też, że rozwój Afryki nastąpi poprzez darmowy dostęp do edukacji. W innej sytuacji, choćby i mnóstwo wolontariuszy tu przyjechało, tylko w małym stopniu przyczynimy się do rozwoju. Chodzi o to, aby to sami mieszkańcy Afryki poprzez edukację zostali mentalnie i umiejętnościowo wyposażeni do pobudzenia rozwoju swoich krajów.

Dziękuję wszystkim, którzy przyłączają się do grona osób wspierających projekt wykończenia nowego domu dziecka. Dziękuję za Waszą wrażliwość na potrzeby biednych i za Wasze zaufanie. Są organizacje charytatywne, które biorą dla siebie 10% każdych niezdeklarowanych pieniędzy i ponoć jest to akceptowalne. Ja jednak nigdy bym tego nie zrobiła. Nie potrzebuję niczyich pieniędzy oprócz moich własnych. Choć nie mam ich zbyt wiele, to mam wystarczająco. Najważniejszą moją potrzebą są pieniądze na paliwo do generatora, aby mieć dostęp do Internetu. Chwała Bogu, bo do grudnia nie muszę się martwić, czy mi na to wystarczy, gdyż ostatnio troje moich przyjaciół przysłało na moje potrzeby do Ugandy!

Często nie dosypiam i czasem niedojadam, ale satysfakcja z pracy misyjnej wynagradza mi każde poświęcenie i trud. To doświadczenie pobudza mnie do cieszenia się małymi rzeczami i daje mi większą wrażliwość na potrzeby ludzi wokół mnie. Dziękuję Wam, że chcecie być częścią mojej „przygody” poprzez czytanie mojego bloga i wspieranie projektu nowego domu dziecka.

czwartek, 1 listopada 2007

Introduction, czyli oświadczyny


Dziś Dzień Wszystkich Świętych. Tęskni mi się za tą atmosferą na polskich cmentarzach, zadumą nad życiem i śmiercią. Dobrze, że jest taki dzień w roku, kiedy się zatrzymujemy w pędzie naszego życia, aby pomyśleć, ile z tego, co robimy ma sens i jaki ślad zostawimy swoim życiem. Wszyscy znamy ten wiersz księdza Twardowskiego „śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Kiedy jesteśmy zapracowani i zabiegani nie mamy czasu dla siebie nawzajem i zaniedbujemy naszych bliskich i przyjaciół. Czas jest afrykańskim bogactwem narodowym. Myślę, że po powrocie do Polski będzie mi brakować tej atmosfery „czasu, który stoi w miejscu”. Oczywiście nie dla mnie… Wszyscy się tu ze mnie śmieją, że jestem prawdziwa „Muzungu” i nie da się mnie przerobić na afrykańską dziewczynę. Ja jestem zawsze w pośpiechu, starając się być wszędzie i najlepiej jak potrafię, wykonać to, co mam do zrobienia. Niestety jestem perfekcjonistką, co jest okropnym utrudnieniem w godzeniu się na afrykańskie standardy :) Mam tu wiele obowiązków, często niedosypiam i niedojadam, ale satysfakcja z pracy na rzecz ubogich, przerasta każdą ofiarę, jaką tu ponoszę, rezygnując z wygody życia na „Zachodzie”. Jeszcze pięć miesięcy mi pozostało do powrotu do domu. Jednocześnie nie mogę się doczekać powrotu do Polski (żeby zobaczyć się z rodziną i przyjaciółmi, zjeść ciasto, bo ciasta nie jadłam od 4 miesięcy, jak tu jestem, nie pieką tu ciast :) a jako słodycz jedzą trzcinę cukrową; zjeść bigosik i pierogi; pojechać w Tatry), ale z drugiej strony to również robi mi się przykro na myśl o opuszczeniu tego miejsca.

Obiecałam pisać o miejscowej kulturze, więc dziś mam do napisania coś ciekawego na ten temat. W ubiegły weekend Faith zabrała mnie na tzw. „introduction”, czym jest wizyta narzeczonego w domu narzeczonej i oficjalne poproszenie rodziców o zgodę na poślubienie dziewczyny, czyli nasze „oświadczyny”. Muszę dodać, że miałam na sobie regionalny strój regionu Tooro i wzbudzałam ogólną sensację. Miałam dodatkowo piękną srebrną torebkę i śliczne srebrne buty. Tego rodzaju dobrze skompletowany strój jest zwykle w posiadaniu każdej kobiety w Ugandzie. Mój strój był pożyczony od znajomej Faith. Niełatwo mi było się w nim poruszać, gdyż miałam specjalną halkę, następnie ciężką spódnicę, a na tym specjalną sukienkę i jeszcze pewną tkaninę, która zastosowaniem przypominała płaszczyk, ale też specjalnie musiałam go nosić, odsłaniając jedno ramię, a zakrywając drugie. Muszę przyznać, że było to nie lada sztuką, ale pod koniec dnia doszłam do perfekcji :)

„Introduction” odbywa się to z rozmachem i właściwie każdy z wioski może przyjść, gdyż jest to czymś w rodzaju przedstawienia. Istotną kwestią jest wynajęcie osób, które będą przemawiać w imieniu narzeczonego oraz rodziny panny młodej. Z tego względu, że Faith była po stronie pana młodego, to dla nas wszystko zaczęło się w domu pana młodego w piątek w południe. Skąd wszyscy ładnie ubrani, panowie w specjalnych tunikach, a panie w tych szczególnych sukienkach, wyruszyliśmy do miejsca przeznaczenia. Było to w sąsiedniej wiosce, więc pojechaliśmy samochodami. Było nas koło 50 osób. W pewnej odległości od domu narzeczonej musieliśmy się zatrzymać i czekać na znak, kiedy wszystko będzie gotowe na nasze pojawienie się. Czekaliśmy na drodze około godziny! W końcu dotarliśmy na podwórko, gdzie ustawiliśmy się w szczególnego rodzaju „procesję” z narzeczonym na przedzie. Podwórze było bardzo ładnie udekorowane z trzema namiotami, jednym dla rodziny narzeczonej, jednym dla strony narzeczonego i jednym dla ogółu. W czasie całej ceremonii tylko reprezentanci rodzin wymieniali z sobą uwagi. Reprezentanci rodzin są często wybierani spośród najbardziej szanowanych osób w wiosce. Reprezentant narzeczonego musiał przyjść i na specjalnej macie uklęknąć przed rodziną narzeczonej, wymieniając grzecznościowe pozdrowienia. Następnie wybrane osoby, te najbardziej szanowne z otoczenia narzeczonego zostały zaproszone do wejścia do domu narzeczonej. Dodam tylko, że narzeczona była ukryta w domu prawie do samego końca „introduction”. Nie jest wskazane jej pojawienie się przed właściwym czasem. Szczęśliwie, jako Muzungu, znalazłam się w gronie kilkorga wybranych, aby wejść do domu narzeczonej. Tam tradycyjnie zostaliśmy ugoszczeni kawą i mlekiem. Przeniosły je młode dziewczyny bardzo ładnie ubrane w specjalne sukienki. Następnie wycofały się idąc tyłem, gdyż według tutejszej kultury nie godzi się odwracać plecami do osoby, której należy się szacunek z powodu pozycji społecznej. Podczas jakiś 15 minut spędzonych we wnętrzu domu praktycznie nie rozmawiano. Następnie wolniutko wyszliśmy na zewnątrz i zajęliśmy nasze miejsca.

Kolejno reprezentanci zaczęli wymieniać pewne uwagi oraz przeszli do ustalania ceny za narzeczoną. Nie pomyliłam się: ceny! Tak więc nasza narzeczona była naprawdę droga, wiele krów i kóz poszło na nią. Nie obyło się bez targowania. Narzeczony miał przygotowane pieniądze, gdyż z przyczyn organizacyjnych, zwykle nie daje się zwierząt hodowlanych. Następnie określono ile skrzynek piwa i innych napojów powinien przekazać narzeczony w czasie „introduction”. Całe te dyskusje trwały około dwóch godzin. Następnie zaczęło się przedstawienie, które polegało na znalezieniu narzeczonej. Najpierw weszły cztery młodziutkie dziewczęta niosąc dzbanki i kosze na głowach. Narzeczony musiał powiedzieć, czy wśród nich znajduje się narzeczona. Jeśli jej tam nie było to powinien był dać im pieniądze. Oczywiście narzeczony się nie ruszał ze swego miejsca, lecz wszystko robił za niego reprezentant. Kolejno przyszły cztery inne dziewczyny, ubrane w tradycyjne stroje, lecz i tam nie było narzeczonej. Ostatecznie pojawiło się pięć innych dziewczyn, wśród których narzeczony rozpoznał swoją wybrankę, do której podszedł, zawieszając jej korale na szyi. Oboje jednak nie wymienili się ani słowem, a ona nie mogła mu nawet spojrzeć prosto w oczy, bo według tutejszej kultury kobiety nie powinny patrzeć prosto w oczy mężczyznom.

Następnie pozostałe dziewczyny wróciły do wnętrza domu, a narzeczona podeszła do narzeczonego, który siedział na krześle i przypięła mu specjalną ozdobę do marynarki, wyrażając w ten sposób swoją zgodę na małżeństwo. Potem wróciła do wnętrza domu. Reprezentanci rodzin wymienili się jeszcze pewnymi uwagami, po czym zaproszono nas na obiad, który składał się z regionalnych potraw, które zresztą bardzo lubię. Było już po piątej, a ja od śniadania nic nie jadłam, nie mogłam się więc doczekać posiłku. Po obiedzie doszło jeszcze do pewnych dyskusji, po czym „introduction” zostało oficjalnie zamknięte. Oczywiście mam wiele zdjęć z tego wydarzenia, które niebawem wyślę mailem wszystkim moim znajomym, gdyż całe to wydarzenie wydaje mi się to czymś ogromnie ciekawym. Może kiedyś na naszych polskich wsiach oświadczyny wyglądały podobnie? Natomiast na ślubie w Ugandzie już byłam i wygląda dość podobnie jak w Polsce, tyle że w kościele Msza lub nabożeństwo (zależy od kościoła) trwa kilka godzin!!! Kto by u nas tyle wysiedział? A dla nich to coś normalnego. Następnie odbywa się przyjęcie, tyle tylko, że tylko para młodych i najbliższa rodzina siedzi przy stole, a pozostali na krzesłach. Jest serwowany tylko jeden posiłek i jest oficjalne krojenie ciasta przez parę młodych i karmienie siebie nawzajem. Następnie każdy z gości otrzymuje okruszek ciasta. Naprawdę! Mały kawałeczek bierze się bezpośrednio na rękę. Podobnie jak z oświadczynami, na wesele może przyjść każdy z wioski. Niektórzy tak chodzą od „introduction” do „introduction” i od wesela do wesela, żeby się rozerwać :) Po cieście czasem są tańce, a czasem jakieś przedstawienia. Niemniej jednak jest to wydarzenie dość ciekawe, szczególnie stroje. Kobiety noszą piękne sukienki, a mężczyźni specjalne tuniki.

To tyle na temat ugandyjskiej kultury oświadczyn i ślubu. Trzymam się dzielnie i cały czas nie poddaję się trudnościom, choć jest ich niemało! Nastała pora deszczowa i codziennie pada przez kilka godzin, czasem po południu, czasem rano. Drogi są bardzo błotniste, tak że często mi się buty zapadają :) A więc mam w nich mokro :) W nocy jest tak zimno, że śpię pod trzema kocami! Aż mi się wstyd robi, bo dzieci w HomeAgain śpią tylko pod jednym kocem, ale jestem ogromnie podekscytowana na samą myśl, że już za niecały miesiąc przeniosą się do swojego nowego, pięknego domu, gdzie będą sufity i drzwi, więc będą mieć cieplej. Wszystkim, którzy wspierają projekt „Nowy Dom Dziecka – Nowa Nadzieja” dziękuję w imieniu dyrektorki „Bringing Hope” – Faith Kunihira oraz dzieci z domu dziecka!

poniedziałek, 22 października 2007

Projekt "Nowy Dom Dziecka - Nowa Nadzieja"


Tym razem chcę się z Wami podzielić pomysłem pewnego projektu, który przygotowałam i wierzę w jego realizację z Waszą pomocą. Projekt ten nosi nazwę „New HomeAgain – New Hope” („Nowy Dom Dziecka – Nowa Nadzieja”). Wielu z Was otrzymało ode mnie mailem opis tego projektu, ale wiem, że są i tacy, których nie znam, a którzy są czytelnikami mojego bloga. Dla nich więc opisuję w tym poście mój projekt, zachęcając do włączenia się weń.

W projekcie tym zamierzam zgromadzić do grudnia 25 tys. zł na wykończenie nowego domu dziecka. Mam przekonanie w sercu, ze jest to bardzo realne, choć niektórzy mogą zapytać: "czy ona zwariowała, tyle pieniędzy w dwa miesiące?" Chcę w ten projekt zaangażować wszystkich moich znajomych w Polsce, USA i Australii. Widzę, ze pieniądze przyjdą małymi strumykami, aż zgromadzą się w rzekę o łącznej wartości 25 tys. zł. Jest wiele potrzeb nowego domu. Organizacja ma pieniądze tylko na budowę tego nowego budynku, ale nie ma teraz pieniędzy na jego wykończenie. Oczywiście z jednej strony można by czekać kilka miesięcy, aż organizacja zgromadzi te pieniądze, albo pozwolić dzieciom przeprowadzić się do niewykończonego budynku, co zamierzała zrobić Faith. Ale ja tego nie chcę. Kocham te dzieci i chcę dla nich czegoś wyjątkowego. Chciałabym, żeby te dzieci będąc sierotami, miały chociaż najładniejszy dom w całym województwie (bo tak będzie jeśli ten budynek zostanie wykończony). Chcę, by wszyscy przychodzili oglądać ten „dom Muzungu”, gdyż taki standard, jaki chce im zapewnić, jest czymś normalnym dla nas, dla nich jednak będzie czymś wyjątkowym, czego nawet w życiu na oczy nie widziały. Czy to niewłaściwe, że mam takie pragnienia? Żal mi bardzo tych dzieci. Jest moim marzeniem zobaczenie tych dzieci, świętujących Boże Narodzenie w ich Nowym Domu. Wielu z Was widziało zdjęcia warunków, w jakich żyją te dzieci. Prawdę mówiąc, zdjęcia nie oddają rzeczywistości w pełni i zapachu, który jest również nieprzyjemny, szczególnie w tym budynku, który wygląda na zewnątrz jak obora. Dzieci nie mają pościeli, śpią pod szorstkimi kocami bez poduszek, bez piżam, ale w tych swoich podartych ubraniach. Śpią po 2 osoby często na jednym łóżku. Śpią też w korytarzu na materacach, więc nawet nie mają własnego łóżka, nie mówiąc już o własnym pokoju. Nie mają miejsca zwanego „prysznicem”, aby wziąć miskę z wodą i się umyć. Na wszystkie dzieci są tylko 3 miski! Chciałabym, abyście to mogli zobaczyć, bo taki widok poruszyłby nawet niewrażliwe serce.

Przygotowałam listę potrzeb, gdzie znajduje się 54 pozycji niezbędnych rzeczy, które muszą znaleźć się w nowym domu dziecka. W projekcie tym chcę, aby osoby przekazały pieniądze na wybraną rzecz z listy lub po prostu przekazały pewna kwotę bez konkretnego przeznaczenia, lecz do mojej decyzji. Natomiast ja odnotuję nazwisko danej osoby i kwotę, którą przekazała i potem jak już otrzymam informacje zwrotne od wszystkich ofiarodawców (spodziewam się, że niektórzy dadzą pieniądze na konkretny cel, niektórzy nie) i wtedy zobaczę jakie są te rzeczy, na które nie przyszły pieniądze z przeznaczeniem i te pieniądze bez przeznaczenia właśnie podzielę na te pozostałe rzeczy, tak wiec każdy z ofiarodawców będzie wiedział, na co poszły jego/jej pieniądze. Następnie potem poproszę wszystkich ofiarodawców o przysłanie mi zdjęć, gdyż w tym domu zamierzam powiesić zdjęcia ofiarodawców z zaznaczeniem, co dany ofiarodawca zasponsorował, np. „Jan Kowalski, Poland, 2 Beds”. I zdjęcie Janka Kowalskiego będzie wisiało w tym pokoju, gdzie te łóżka się znajdą. Spodziewam się, że niektórzy ofiarodawcy nie będą chcieli dać swego zdjęcia. Jednakże dla tych dzieci jest niezwykle ważne, aby zobaczyć, ze ich nowy dom ma wiele twarzy. Wiele twarzy ludzi, którzy podzielili się z nimi swoimi pieniędzmi, wyrażając swą troskę o te dzieci. Wiecie, co to znaczy dla tych sierot? „Nie jestem zapomniany, nawet są osoby za granicą, którym na mnie zależy”. Takie zdjęcie będzie dla nich motywacją: „choć jestem sierotą, stale mogę coś w życiu osiągnąć, bo komuś na mnie zależy”. Myślę, że chyba wszystko z grubsza wyjaśniłam o tym projekcie. Jeśli macie jakiś znajomych, którzy prawdopodobnie chcieliby się również włączyć do tego projektu, to proszę powiadomcie ich.

Proszę Was, abyście o tym projekcie pomyśleli jako o prezencie świątecznym dla sierot w Ugandzie. Średnio płacimy za prezenty świąteczne dla naszych bliskich 20-100zl. Może niektórych powstrzymuje myśl o możliwości przekazania tylko małej kwoty. Niech jednak nie zniechęca Cię ta mała kwota. Zachęcam więc Was do wsparcia tego projektu, abyśmy zostawili po sobie ślad w Ugandzie, przede wszystkim w sercach tych dzieci.

Wszystkich zainteresowanych proszę o kontakt na maila, abym mogła wysłać listę potrzeb oraz podać szczegóły, jak przesłać pieniądze.

poniedziałek, 15 października 2007

Trochę o kulturze


Wspomniałam, że napiszę pewnego razu, czemu nie chciałabym poślubić Ugandyjczyka. Rola kobiety jest w krajach afrykańskich inaczej postrzegana, niż na Zachodzie. Pozwólcie, że napiszę nieco na ten temat. Kiedy Ugandyjka pozdrawia mężczyznę i chce z nim porozmawiać, musi uklęknąć kolo niego, czasem nawet na oba kolana. Potem oczywiście może usiąść na krześle. Kobiety głównie gotują i opiekują się dziećmi, czasem pracują zawodowo (głównie w miastach). Jednakże po pracy są zobowiązane zająć się domem. Mężczyzna rzadko pomaga. Jeśli mężczyzna wraca do domu, kobieta musi go przywitać, klękając. Natomiast jeśli kobieta wraca do domu, to nie mężczyzna ją pozdrawia, ale ona jest zobowiązana, przyjść do niego i klękając, pozdrowić go. Mężczyzna może wyjść z domu bez mówienia, dokąd idzie, natomiast kobieta musi zawsze wyjawić cel swego wyjścia. Kiedy jedzą posiłek, kobieta usługuje i nakłada jedzenie na talerze, zaczynając od mężczyzny. Rodzina je posiłek często w ciszy. Dzieci nie mają prawa się odzywać w czasie jedzenia. Dzieci zawsze muszą klękać przed dorosłymi, aby ich pozdrowić, tak kobietami, jak i mężczyznami. I nie ważne, czy pada deszcz, czy się pobrudzą, czy nie, klękają na oba kolana.

Kiedy rozmawiają – nie podnoszą głosu. Nie wypada się też kłócić. Mówią bardzo cicho do siebie. Kiedy rozmawiają, są bardzo ciepli dla siebie nawzajem. Nie wiem, jak to określić, ale tego rodzaju mówienie, kojarzy mi się z przytulaniem pluszanki :) Myślę, że to moglibyśmy zaadaptować do naszej kultury.

Nie pozdrawiają kogoś, jeśli nie znają jego "pet name", o czym pisałam jakiś czas temu. Jest to bardzo dziwne dla mnie. Kiedyś byłam na targu z Faith, która spotkała swoją znajomą. Ta nawet na mnie nie spojrzała, ani sie nie przywitała. Było to według mnie bardzo niegrzeczne. Zapytałam więc potem Faith, czemu jej znajoma się tak zachowała, a Faith powiedziała, że nie jest w zwyczaju pozdrawiać osób, jeśli nie zna się tego specjalnego "pet" imienia. Pomyślałam, że przecież zawsze można zapytać. Faith dodała, że tylko w sytuacji kiedy ona by mnie przedstawiła, ta znajoma by się ze mną przywitała. Bardzo ciekawe.

Kulturą jest też „nie śpieszyć się”. Szczególnie kobiety są zobowiązane do chodzenia bardzo wolno. Nie jestem w stanie opisać jak bardzo jest to wolno, powiem: „niebywale wolno”. Nikt tak nie chodzi w Polsce, nawet na spacerze. Nie wypada kobiecie chodzić szybko, zresztą mężczyźnie też. Kiedy znajomi się widzą na ulicy z dystansu, nie powinni do siebie krzyczeć „dzień dobry”, lecz powinni się pozdrowić, kiedy są blisko siebie. Nawet jeśli ktoś odwiedza nas w domu i widzimy go/ją w odległości 2 m, nie może powiedzieć „dzień dobry”, ale musi przyjść bardzo blisko i podać rękę. Potem następuje cała grzecznościowa wymiana pozdrowień: „dzień dobry, jak się masz, a jak ci się spało, jak się miewa rodzina”, itp. dopiero potem osoba przystępuje do rzeczy, lub odchodzi. Wymiana zdań również następuje jakby w zwolnionym tempie. Ugandyjczycy wszystko robią niezwykle wolno (tylko samochody prowadzą niezwykle szybko). Nie da się tego opisać, jak bardzo wolno. To jest zupełnie inny świat, niż nasze realia bycia ciągle w pośpiechu. Zwykle wieczorem proszę którąś z dziewczyn o przyniesienie mi wody na umycie się. Nieraz zabiera im to i kilkanaście minut bez wyraźnego powodu. Rano dziewczyny mają pewne obowiązki w domu, które zabierają im dwa razy więcej czasu, niż zabrałyby przeciętnej Polce.

We wrześniu obchodziliśmy 7 rocznicę Bringing Hope. Ja byłam odpowiedzialna za sprawy organizacyjne i przygotowanie kolacji. Miałam dopilnować, żeby miejsce było ustrojone i jedzenie było gotowe na czas. Było to wyzwanie, które kosztowało mnie wiele nerwów. Dziewczyny obierając ziemniaki, co chwilę się zatrzymywały w wykonywaniu tej czynności, rozmawiając przy tym. Musiałam stać nad nimi i cały czas im przypominać, że czas ucieka, ale one i tak się nie śpieszyły. Istotne w całej historii jest to, że jeśli masz w Ugandzie do przygotowania obiad na np. 17:00, składający się z kilku różnych dań, to musisz zacząć gotować o 10:00, aby się wyrobić. Czyli przeznacza się na to 7 godzin. W Polsce, korzystając z dobrodziejstw kuchenki, zajęłoby to może 3 godziny. Myśmy zaczęli około 12, gdyż osoba odpowiedzialna za gotowanie, nie zaczęła gotowania z powodu braku wody. Otóż dziewczyny, które miały tę wodę przynieść ze źródła, były zajęte czymś innym właściwie nieistotnym. Jednakże ta osoba nie tylko nie wysłała ich do źródła, ale nawet nie kazała im robić czynności pośrednich, jak na przykład krojenie warzyw. Ja nie mogłam być w domu o 10:00, aby wszystkiego dopilnować, bo musiałam być w szkole. Jak wróciłam o 12 i zobaczyłam, że gotowanie nie zostało rozpoczęte, byłam bardzo rozłoszczona, gdyż powód był tak banalny! Dzięki Bogu goście się spóźnili i właściwie przyszli około 18:30, kiedy prawie skończyliśmy gotowanie. Było to jednak doświadczenie, którego nie chciałabym już powtórzyć.

Innym przykładem pokazującym totalny luz Ugandyjczyków i nie przejmowanie się terminami jest fakt zamówienia szafy przeze mnie w połowie lipca, kiedy zapłaciłam za nią. Poprosiłam o zorganizowanie tej sprawy pewną zaufaną osobę. Po trzech tygodniach zapytałam się stolarza (który jest nauczycielem w szkole zawodowej i był odpowiedzialny razem ze studentami za wykonanie tej szafy), gdzie jest moja szafa? A on mi odpowiedział, że nic nie wie na ten temat. Wobec tego zapytałam się administratora, w czym jest problem. Powód był bardzo banalny: zakup właściwego drewna, co normalnie zajęłoby dwa dni. Jego argumentacja w ogóle mnie nie przekonywała. Po około sześciu tygodniach stolarz zabrał się w końcu do robienia mojej szafy, której skończenie powinno zająć maksymalnie kilka dni, czy możecie uwierzyć, że nadal nie mam mojej szafy? To są już cztery miesiące :) Odpuściłam sobie już tę szafę, bo nie chcę się denerwować. Jak będzie w końcu gotowa, to dam ją w prezencie wychowawczyni w domu dziecka.

Inna historia dotyczy poczucia odpowiedzialności. Chodzi o problem z troszczenia się o coś, co bezpośrednio do nich nie należy. Znam osobę, która przekazała dla pewnej organizacji w Ugandzie $800. Organizacja zdecydowała za $400 naprawić młyn, aby mieć dochód z mięcia mąki na swoje potrzeby. Natomiast drugie $400 przeznaczyła na nabycie mebli szkolnych. Stolarz miał wykonać 10 biurek i ławek. W ciągu 4 miesięcy zrobił tylko cztery komplety, natomiast pozostałe drewno zostało zmarnowane, gdyż zostawił je na słońcu i deszczu na zewnątrz. Drewno nadawało się więc już tylko do pieca. Czy możecie sobie wyobrazić ból serca tej osoby z powodu zmarnowania jej ciężko zapracowanych pieniędzy? Po całym zajściu okazało się, że nikt nie czuje się odpowiedzialny za to, bo każdy widział winę w kimś innym. Muszę przyznać, że osobom z naszej kultury, szczególnie tym, którzy są perfekcjonistami jak ja, jest niezwykle trudno zaakceptować tego typu sytuacje. Mogłabym wymienić również kilka innych podobnych sytuacji, ale myślę, że te wystarczą. Wielu Muzungu jest rozczarowanych, gdyż ich pomoc dla Afryki jest niedoceniania i marnowana. Dlaczego tak się dzieje? To nie jest tylko problem kultury, lecz głównie braku edukacji, braku metod rozwijania kreatywnego myślenia u ludzi. Wiele ich błędów wynika w pewnym sensie z bezmyślności. Niedawno widziałam spawacza, używającego na zewnątrz generatora i spawającego w strumieniach deszczu!

Inna sytuacja miała miejsce w zaprzyjaźnionym domu, gdzie pewien szklarz był odpowiedzialny za wstawienie szyb w okna. Część z tych szyb została wykonana, natomiast część z nich nadal czeka na swą szansę i jest to już pół roku! Co najciekawsze – szyby są zakupione, trzeba je było tylko zabrać do sąsiedniego miasta do pocięcia. Niewiarygodne, prawda?

Pisząc o tego typu zachowaniach, chcę przede wszystkim Was ostrzec, jeśli wspieracie finansowo jakieś organizacje misyjne, miejcie pewność, że Wasze pieniądze nie są marnowane. Z drugiej strony zachęcam Was bardzo, bardzo do wspierania edukacji dzieci i młodzieży w krajach Afryki, gdyż to zapewni Afryce rozwój w każdym wymiarze oraz przyczyni się do podniesienia jakości życia. Jeśli chcecie pomóc, dajcie pieniądze przede wszystkim na budowę instytucji oraz edukację. W najbliższym mieście Fort Portal są dwa szpitale. „Bringing Hope” dwa razy w tygodniu zabiera pacjentów z wiosek do tego lepszego szpitala. Płaci też ich rachunki (szkoły i szpitale są płatne). Miałam okazję widzieć ten „lepszy” szpital, który wygląda w środku jak jakiś szpital polowy. Myślę więc, że to powinno być celem naszego wsparcia: budowa instytucji, jak szpitale, szkoły i domy dziecka oraz edukacja i jeszcze raz edukacja. Muszę Wam kiedyś przesłać zdjęcie szkoły w wiosce. Nie wiem, jak mam to opisać. Budynek bez podłóg, bez biurek i krzeseł w wielu klasach. Dzieci siedzące na matach. Oczywiście są też i nieco lepsze budynki z biurkami i krzesłami, lecz nieczęsto. W naszej szkole zawodowej nie ma biurek, są tylko ławki. Uczniowie muszą notować „na kolanie”.

Oprócz tych wielkich potrzeb, te „małe” wydają się banalne. Jednakże, kiedy widzę te biedne, bose dzieci to serce mi się kraje i chciałabym mieć możliwość odziania ich i obucia, kupienia zabawek i materiałów szkolnych. Tak więc, zaspokajajmy tak wielkie, jak i małe potrzeby biednych w krajach Trzeciego Świata na miarę naszych możliwości.

W tych okolicznościach kulturowych bardzo podziwiam Faith (dyrektorkę „Bringing Hope”), gdyż jest kobietą autorytetu i działa jak Muzungu, kierując tą organizacją. Jest wybitną osobowością. Będąc tutaj, widzę, że wszelkie dofinansowania dla organizacji są przeznaczane na właściwe cele, a pieniądze ofiarodawców nie są marnowane. Faith ma zaufany zespół pracowników, którzy starają się dawać z siebie to, co najlepsze, czasem jednak również postępują bezmyślnie. Mam wtedy okazję widzieć Faith wybuchającą jak wulkan, ganiącą ich za ich niewłaściwe decyzje bez ogródek. Dziś na przykład osoba odpowiedzialna za wydanie z magazynu worka z mąką posho dla domu dziecka nie zrobiła tego na czas i dzieci prawie nie miałyby co jeść. Faith zrobiła awanturę tej osobie, gdyż taka sytuacja zdarzyła się nie pierwszy raz i w obecności wszystkich powiedziała: „jestem zmęczona twoją głupotą i bezmyślnością, postaraj się więc, aby nigdy więcej już tego błędu nie powtórzyć.”

Zbliżają się święta Bożego Narodzenia, jeżeli więc ktoś z Was chciałby wesprzeć finansowo projekt „radosnych świąt dla HomeAgain”, proszę o kontakt na mojego maila. Wszelkiego rodzaju pomoc będzie mile widziana, a Wy możecie mieć pewność, że Wasze pieniądze nie zastaną zmarnowane, gdyż ja sama dopilnuję, aby poszły na właściwy cel. Z góry dziękuję.

czwartek, 11 października 2007

Zombi i kanibale

Jest parę rzeczy, który chciałabym dziś napisać. Pierwszą z nich jest prawdziwa historia pewnej dziewczyny. Ta historia zdarzyła niedawno, a słyszałam ją parę dni temu od Kennetha brata Faith. Otóż w pewnej wiosce żyła piękna dziewczyna, którą każdy chciał wziąć za żonę. Niestety dziewczyna ta zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach i pogrzebano ją. Jakiś czas po jej pogrzebie jeden z jej wielbicieli wybrał się do innej wioski w swoich sprawach. Kiedy przechodził obok pola zobaczył tam dziewczynę, która kopała w ogrodzie, a która wyglądała dokładnie jak ta, którą niedawno pochowano. Próbował więc z nią rozmawiać, ale wyglądała na nieobecną i jakby w ogóle go nie słyszała i nie widziała. Wrócił więc ten mężczyzna z pośpiechem do ojca tej dziewczyny, powiedzieć, że ją widział kopiącą w ogrodzie w innej wiosce. Ojciec ten niedowierzając sam tam pojechał i kiedy ją zobaczył, stwierdził, że to jego córka, ale ona ich w ogóle nie rozpoznawała, zajęta kopaniem, jakby była zaprogramowanym robotem. Wobec tego obaj wrócili do jej grobu i go odkopali, szukając jej ciała. Okazało się jednak, że jej ciała nie było w grobie. W znacznie większej grupie wrócili do tamtej wioski i przyczajeni śledzili tę dziewczynę, gdy wracała z pola. Następnie, gdy wtargnęli do jej domu, zobaczyli starszego mężczyznę, a w około niego wiele młodych pięknych dziewczyn. Jak się później okazało, były one również uznane za martwe i pochowane przez swoje rodziny. Mężczyźni ci zmusili tego człowieka do wyznania prawdy.

Okazało się, że stosował pewne zaklęcia Czarnej Magii, aby wprowadzić te dziewczyny w stan czasowej śmierci, po czym po ich pogrzebach, przychodził w nocy i wykradał ich ciała z grobów, zanosił do swojego domu i czekał na ich obudzenie się. Potem je wykorzystywał do pracy w swoim polu. Czary trzymały te dziewczyny w dziwnym amoku, tak że wyglądały jak filmowe Zombi. Myślę, że wielu z was oglądało te horrory z Zombi, ale ja zawsze myślałam, że to wytwór hollywoodzkiej wyobraźni. Okazuje się jednak, że te rzeczy dzieją się w Afryce naprawdę. Jak usłyszałam tę historię to przede wszystkim pomyślałam, jak straszne i okrutne rzeczy mogą się tu ludziom przytrafić. Jednakże co ciekawe, tego rodzaju zaklęcia nie działają na chrześcijan, o czym w większości afrykańscy czarownicy wiedzą. Sprawdza się tu Boża obietnica dla chrześcijan z Biblii: „wszelka broń ukuta na ciebie będzie bezskuteczna, potępisz wszelki język, który zmierzy się z tobą w sądzie, takie będzie dziedzictwo sług Pana”.

Jakiś tydzień temu Faith pokazała mi swoją bluzkę i powiedziała: „widzisz te dwie dziury? Tego nie zrobił ani szczur, ani gwóźdź. To są magiczne wycięcia materiału, aby je poddać czarom, które miałaby mi wyrządzić coś złego. Co ja bym zrobiła, gdybym nie była chrześcijanką? Co by mnie chroniło?” Faith mówi, że przez tego rodzaju czary wiele ludzi traci zdrowie, zwierzęta gospodarskie, a nawet i życie. Faith nie jest osobą, która łatwo wierzy pewnym rzeczom. Jest ona dobrze wykształconą i trzeźwo myślącą kobietą, ale mówi, że jest wiele dowodów na to, iż tego typu rzeczy się tu dzieją i nie ma na nie żadnego medycznego lub zdroworozsądkowego wytłumaczenia. Niektórzy mogą poddawać w wątpliwość te sprawy, ale tutaj w Afryce ludzie niestety tego doświadczają. Może i znalazłyby się jakieś racjonalne odpowiedzi, ale na niektóre po prostu sytuacje nie ma żadnych naturalnych odpowiedzi.

Również kilka dni temu dowiedziałam się, że w Ugandzie i w Afryce naprawdę są kanibale! Natomiast rzadko przybiera to formę porwań ludzi i potem zabijania ich, aby ich zjeść. Obecnie kanibale wykradają ludzkie ciała z grobów, a potem je gotują i jedzą. Obrzydliwe! Faith przy tej historii powiedziała, że jest wdzięczna kolonizatorom za przyniesienie chrześcijaństwa do ludzi Afryki. Stopniowo ludzie porzucają te praktyki, widząc ich okrucieństwo. Chrześcijaństwo przyniosło wiele pozytywnych zmian w kulturze i życiu ludzi Afryki, wbrew opinii niektórych, że odebrało im rodzimą kulturę.

Podejrzewam, że dzisiejszy post jest nieco kontrowersyjny, jednakże nie jest to strona neutralna, lecz miejsce, gdzie opisuję moje doświadczenia i przedstawiam moje poglądy :)
W następnym poście napiszę nieco o kulturze jedzenia, co jest dość ciekawe dla ludzi z kultury Zachodu.

sobota, 6 października 2007

Kampala i inne

Pod koniec sierpnia razem z dyrektorką „Bringing Hope” – Faith Kunihira oraz dwoma ostatnimi wolontariuszami z USA (Travisem i Jamie) pojechaliśmy do Kampali (stolicy Ugandy). Z wioski, w której mieszkam (Kaihura) jest to dystans około 250 km na wschód Ugandy, czyli około 3-4h jazdy samochodem. Travis miał jechać autobusem do Nairobi (stolica Kenii), gdyż miał tam się spotkać z osobami z innej organizacji, aby po powrocie do USA zorganizować dla nich pomoc, podobnie jak to zrobił dla „Bringing Hope”, natomiast Jamie we wtorek samolotem miała do niego dołączyć w Kenii, skąd mieli lecieć razem do domu. Po mieście poruszaliśmy się pieszo i środkami komunikacji miejskiej, tzw. taxi, czyli samochodami typu van, z siedzeniami dla 14 osób. Nie ma tam autobusów miejskich. Ich rolę pełnią w/w taxi oraz taksówki zwane „Boda Boda” (motocykle) oraz rowery. Jechanie w vanie niejednokrotnie dla Muzungu jest wyzwaniem, gdyż ich właściciele próbują wcisnąć do takiego vana tyle ludzi, ile się da, więc czasem siedzi się strasznie ściśniętym. Innym wyzwaniem jest uczestniczenie w ruchu samochodowym. Nie jestem w stanie określić słowami ugandyjskiego stylu prowadzenia samochodów. Mogę jedynie stwierdzić, że to wygląda tak, jakby nie było żadnych reguł ruchu ulicznego i każdy usiłował prowadzić jak mu się wydaje słuszne i „wszyscy naraz”. Trąbienie na siebie nawzajem jest również powszechne. Obserwując naszego kierowcę, krzyczałam praktycznie co chwila, bo wydawało mi się, że zaraz najedziemy na motocykl albo pieszego, nie mówiąc już o zderzeniu się z innym samochodem. Nic takiego jednak nam się nie przytrafiło :) Uważam siebie za doświadczonego kierowcę, ale nie wiem, czy odważyłabym się prowadzić w Kampali. Tak samo jest wszędzie w Ugandzie, ale w Kampali jest najgorzej, bo i więcej samochodów. Dziś jednak prowadziłam samochód organizacji – dżipa, ale jedynie w okolicach wioski. Drogi są tu w bardzo złym stanie. Asfalt jest tylko na głównych drogach, ale w większości dziurawy. Pozostałe drogi są ubitą ziemią, oczywiście nierówne i również z dziurami. Pewnego dnia wracałam do domu z sąsiedniej miejscowości (Fort Portal) w vanie mogącym zmieścić tylko 14 osób – w 29 osób!!! Czy możecie to sobie wyobrazić??? Czy to jest normalne? Właściciel taxi ma prawo zabrać tyle osób, ile mu się podoba, dlatego oni się tu wcale nie przejmują, jak się ludzie tak ściśnięci będą czuć w drodze, ale pakują tyle osób, ile upchną. Niestety biedni pasażerowie się nie przeciwstawiają i jadą w takich warunkach i po kilka godzin. Zdarzyło mi się parę razy jechać vanem z 20 lub 24 innymi osobami, ale nie w 29 osób!!! Chwała Bogu godzina drogi w tej taxi upłynęła mi w miarę szybko, ale poczułam niezwykle wielką ulgę, kiedy zobaczyłam tablicę z nazwą wioski, gdzie mieszkam :)

W niedzielę po południu (jak byliśmy w Kampali) wybraliśmy się do kina, po czym chcieliśmy się udać do restauracji na pożegnalną kolację. Był wieczór, ale zamiast wziąć taxi, postanowiliśmy iść pieszo. Po kilkunastu metrach pojawił się obok nas mężczyzna, który niespodziewanie ukradł torebkę Jamie i szybko zniknął w ciemnościach. Niestety miała tam aparat fotograficzny, telefon i znaczną sumę pieniędzy oraz osobiste rzeczy. Zamiast w restauracji, wylądowaliśmy na posterunku policji. Każdy obwiniał siebie, że mógł coś zrobić, ale regułą tu jest, że jeśli ktoś ci coś kradnie, nie gonisz go, bo może mieć nóż, albo broń i możesz stracić życie przy okazji. Oczywiście wyciągnęliśmy lekcję z tej przykrej sytuacji, aby nigdy więcej wieczorem nie chodzić po mieście, ale zawsze wziąć taxi. Często przykre sytuacje wcale nie muszą nas spotkać, lecz zdarzają się, gdyż jesteśmy nierozsądni, nie obserwując okoliczności i nie ucząc się na błędach. Powinniśmy byli wiedzieć, że jest niebezpiecznie spacerować w nocy po Kampali, więc sami siebie naraziliśmy na zagrożenie.

Niedawno miałam pewną nieprzyjemną sytuację, czym było pojawienie się chyba więcej, niż setki małych pająków w moim pokoju! Czy jest to zwykły przypadek? Nie było ich w żadnym innym pokoju, tylko w moim! Szczury też chodzą tylko po mnie, a także pojawiają się w moim pokoju martwe, choć mają do wyboru kilka innych pokoi w tym domu i parę innych osób :) Ale ja się tym nie przejmuję i dzielnie znoszę wszelkie przeciwności i nie zamierzam się poddać z powodu szczurów, pająków, czy jakiś jaszczurek chodzących po ścianach mojego pokoju - codziennie mam kilka nieproszonych wizyt moich przyjaciół jaszczurek :))

poniedziałek, 1 października 2007

Pogrzeby, Home Again i król Tooro

Nie miałam możliwości wstawić posta wcześniej, gdyż od ponad tygodnia nie mieliśmy dostępu do Internetu. Faith nie miała pieniędzy na zapłacenie rachunku. Kiedy jedni moi przyjaciele w Polsce dowiedzieli się o tym, dali nam pieniądze na ten cel. Dziękuję Wam z całego serca!

Dwa tygodnie temu byłam na dwóch pogrzebach w jednym dniu :( Zwyczajem mieszkańców wioski jest przyjść na pogrzeb, dlatego Faith chodzi na wszystkie pogrzeby we wsi, a nawet wcześniej już towarzyszy takiej rodzinie. Jak tylko się dowie, że ktoś zmarł - niemal natychmiast jedzie do takiej rodziny, żeby być z nimi i wesprzeć ich na duchu. Pogrzeb na ugandyjskich wsiach wygląda bardzo podobnie jak w Polsce na wsiach, tyle że najczęściej odbywa się przy domu i osoba jest chowana w mogile przy domu. Tylko w miastach są cmentarze. Jeżeli osoba była wyznania katolickiego lub anglikańskiego to Msza odbywa się właśnie przy domu. Pierwszy był pogrzeb młodej dziewczyny, która została potrącona przez samochód w Kampali. Pisałam jakiś czas temu, że trzeba tam być bardzo ostrożnym jako pieszy, bo kierowcy jeżdżą jak szaleni. Drugi pogrzeb był starszej kobiety, której siedmioro dzieci zmarło wraz z synowymi i zięciami wskutek AIDS. Kobieta ta mimo wszystko trzymała się dzielnie i wychowywała sama dwanaścioro wnucząt, a wraz z nimi była pod opieką „Bringing Hope”. Prawie wszyscy wnukowie są już dorośli. Jest jeden 15-letni chłopak Moses, którym miała się zaopiekować po śmierci babci dalsza rodzina. Na pogrzebie Faith zapytała go, czy chce zostać z rodziną, czy ma go zabrać do sierocińca. Zaskoczyło mnie kiedy powiedział, że chce, żeby go zabrała. Z tego, co wiem, on bardzo ufa Faith, że chce dla niego jak najlepiej, bo doświadczył tego w ciągu 6 lat bycia pod opieką „Bringing Hope”. Tak więc przenieśliśmy go kilka dni temu do sierocińca, który nosi nazwę „Home Again” (dom ponownie). Faith nie pozwala, żeby ktokolwiek mówił „sierociniec”. Mówi: „robimy wszystko, by te dzieci miały ponownie swój dom”.

W ubiegłym tygodniu spędziłam wieczór z tymi dziećmi, gdyż miały tydzień modlitwy za różne sprawy i chciałam się dołączyć do tych modlitw. Wspólne modlitwa z nimi było dla mnie wielką zachętą. Dzieci te modlą się w taki sposób, w jaki nigdy w moim życiu nie widziałam dzieci modlących się: z wielkim zaangażowaniem i wiarą. Myślę, że to wielka zasługa Faith oraz Ewy - wychowawczyni domu dziecka. Chciałabym, żeby każdy z Was miał okazję ich posłuchać. Niestety większości nie rozumiałam, bo się modlą w swoim języku, ale czasem ktoś dla mnie tłumaczył. Mam bardzo na sercu te dzieci, gdyż mieszkają w tak opłakanych warunkach, że serce się kraje. W domu Faith mieszkają poza Faith, mną i bratem Faith, cztery młode dziewczyny, które pomagają w prowadzeniu domu, a są uczennicami w szkole zawodowej. Nasze posiłki są znacznie lepsze, niż w większości ugandyjskich domach, gdyż trzy razy w tygodniu jemy mięso :) Kiedy je się posiłek nie należy brać więcej na talerz, niż można zjeść, gdyż jest niewłaściwym zostawianie niedojedzonego jedzenia na talerzu, głównie z powodu panującej tu biedy. Przy pewnej kolacji, gdy jedna dziewczyna zostawiła na talerzu ryż i mięso, Faith strasznie się zezłościła na nią. Nakrzyczała na tę dziewczynę, że nie docenia tego, co ma, że „jej dzieci” w „Home Again” jedzą codziennie przez okrągły rok fasolę i posho, a ona śmie zostawiać na talerzu ryż i mięso! Pomyślałam wtedy o naszych domach, gdzie często wyrzucane jest jedzenie. Dzięki mojej mamie, która mnie tak wychowała, ja zawsze starałam się szanować jedzenie i starannie robiłam moje zakupy, żeby nic się nie marnowało, ale i tak czasem wyrzucałam jedzenie. Kiedy jesteś w Afryce i obserwujesz tutejszą biedę, robi ci się bardzo wstyd na myśl o marnowanym jedzeniu. Już teraz widzę, jak bardzo zmienia się moje nastawienie do tego, co mamy w Polsce – z narzekania na wdzięczność. Kiedyś byłam „typem narzekającym” na sytuację gospodarczo-polityczną w naszym kraju. Nie sądzę jednak, abym po życiu w Afryce narzekała na cokolwiek. Niezwykle mi brakuje możliwości kąpieli w wannie lub wzięcia prysznica, gdyż jak wiecie, codziennie myję się w misce z powodu skromnych warunków, w jakich żyjemy. Brakuje mi tak wielu rzeczy, do których przywykłam w Polsce, że czasem jest to przyczyną mysli, aby wracać do domu. Nie poddaję się jednak i nie poddam się, choć muszę uczciwie przyznać, że nie jest mi lekko i niemal codziennie mam myśli o powrocie do domu. Jestem jednak przekonana, że jestem w miejscu mojego przeznaczenia na pewien czas mojego życia, nic mnie więc nie ruszy! Nawet zdechły szczur pod łóżkiem ani jaszczurki łażące po ścianie mojego pokoju!

Pisałam jednak o dzieciach z „Home Again”. Kiedy odwiedziłam ich ostatnio, Faith pokazała mi pewne owady na ścianie pokojów, które wyglądały jak małe, czarne biedronki i powiedziała: „to są „bedbags”, które żywią się ludzką krwią, ze ścian przechodzą na ciało i piją krew. Mamy ich wiele tutaj w tym budynku, ale pozbycie się ich jest kosztowne i nie stać nas na to”. Kiedy się o tym dowiedziałam, to odechciało mi się odwiedzać „Home Again”, gdyż zawsze jest ryzyko, że jakiś „bedbag” urządzi sobie na mnie ucztę. Zamierzałam nawet zostać z dziećmi na noc, ale jak Faith pokazała mi, że bedbags gnieżdżą się w drewnie w przerwach na łóżkach, na których śpią dzieci, to stchórzyłam. Oczywiście będę nadal odwiedzać dzieci z sierocińca, ale nie wiem, czy się odważę, aby zostać tam na noc.

Rozmawiałam też ostatnio z wychowawczynią „Home Again” o potrzebach dzieci. Nie mogłam uwierzyć, kiedy mi mówiła o tym, co potrzebują, bo wydawało się jakby nie mieli kompletnie nic. Nie mówię tu tylko o osobistych potrzebach dzieci, ale także o potrzebach sierocińca. Mają na przykład tylko 3 miski na 31 osób. Nie mają pościeli, śpią pod kocami, nie mają poduszek. Maja tylko kilka lamp, a potrzebują trzy razy więcej. Dzieci nie mają nawet bielizny osobistej!!! Wielką potrzebą są moskitiery, bo komary przenoszą malarię i średnio raz w miesiącu dzieci łapią malarię, która czasem jest zagrożeniem dla życia. Zapisałam wszystkie ich potrzeby w arkuszu Excel i wyszło mi 50 pozycji. Nie mówiąc już planie urozmaicenia ich jedzenia, gdyż jak wiecie, jedzą codziennie fasolę i posho (gotowana mąka kukurydziana). Czy wyobrażasz sobie siebie jedzącego cały rok dzień po dniu to samo? Tak bardzo mi żal tych dzieci, jak i wielu innych, które spotykam tu każdego dnia. Faith otrzymała pieniądze z USA na budowę nowego budynku sierocińca, ale nie wystarcza na wykończenie go, ani na zakup nowych łóżek (gdyż jak wiecie w starych łóżkach żyją bedbagi, a nie chcemy ich zabierać do nowego miejsca). Gdyby ktoś z was poczuł się zainspirowany do zasponsorowania łóżka, albo krzesła, albo pościeli, albo czegokolwiek innego – proszę skontaktujcie się ze mną na maila.

Ostatnio w niedzielę Faith przemawiała w kościele i zachęcała ludzi z kościoła do podzielenia się tym, co mają z dziećmi z „Home Again”. Byłam wzruszona jak ci, którzy żyją w biednych warunkach dawali na przykład: kurę, dwa kubki fasoli, miskę ziemniaków, 500 szylingów (1zł), 7 kubków mleka, itp. Znamy tę kościelną piosenkę „dzielmy się wiarą jak chlebem”, ale często w życiu ludzi wierzących okazuje się, że nie tylko nie dzielimy się wiarą, ale nawet chlebem…

Byłam w Kampali kilka dni temu, aby odnowić moją wizę. Udałam się tam z Wincentem, który jest wolontariuszem „Bringing Hope”. Jego siostra pracuje w Urzędzie Emigracyjnym, dlatego postanowiliśmy poprosić ją o list polecający do właściwego urzędnika. Dobrze, że mamy te koneksje, gdyż okazało się, że na lotniku zmieniono moja wizę z trzymiesięcznej na jednomiesięczną, ale nie poinformowano mnie o tym. Wobec tego dwa miesiące byłam nielegalnie w Ugandzie! Dzięki Bogu wszystko zostało pomyślnie załatwione. Kiedy jechałam do Kampali minibusem to w czasie drogi na serio przygotowałam się na śmierć, bo kierowca jechał zbyt szybko jak na warunki, nie zwalniał nawet w wioskach, ani jak zaczął padać deszcz. W pewnym momencie przestałam w ogóle obserwować drogę, ale jak widzicie przeżyłam. Widać mam coś jeszcze tu do zrobienia!

Tydzień temu byłam na celebracji rocznicy koronacji króla w Fort Portal. Widziałam króla regionu Tooro (gdzie mieszkamy) oraz prezydenta Ugandy z bardzo bliska, gdyż jako „Muzungu” usadzono mnie w pierwszym rzędzie. Król ma tylko 15 lat, a został koronowany jak miał 3 latka na miejsce ojca, który zmarł. Ten nastolatek Chodzi do szkoły w Kampali i nie sprawuje jeszcze rządów, robią to jego ministrowie, ale za parę lat będzie rządził. Było to bardzo interesujące doświadczenie, gdyż odbywały się specjalne tańce na cześć króla. W pewnym momencie doręczono mi list. Okazało się, że była to oferta małżeństwa! Mężczyzna przedstawił się z jak najlepszej strony, uzasadniając dlaczego powinnam go poślubić. W Kampali też otrzymałam kilka propozycji. Nie interesuje mnie jednak poślubienie Ugandyjczyka z powodu roli kobiety w tym społeczeństwie – nie zamierzam rezygnować z praw kobiet, które są czymś normalnym w naszym kraju, ale jeszcze nie tu – w Afryce. Następnym razem napiszę o tym więcej.

poniedziałek, 17 września 2007

Odciski, wesele i róża dla żebraczki

Jak pisałam wcześniej, w lipcu przyjechali z USA wolontariusze z „Global Support Mission”. Głównym celem ich przyjazdu były prace budowlane przy nowym sierocińcu. Ich praca pozwoliła zaoszczędzić „Bringing Hope” około $400, które trzeba by było zapłacić za kopanie fundamentów pod nowy sierociniec. W związku z tym, że postanowiłam być częścią ich zespołu, uczestniczyłam również w tych pracach. Kopałam fundamenty i nosiłam worki z ziemią na właściwe miejsce. Muszę przyznać, że to niezwykle ciężka praca, w której oczywiście nabawiłam się odcisków na rękach oraz bólu kręgosłupa. Mam jednak satysfakcję, że brałam udział w takim szczytnym zadaniu. Wyrównywaliśmy też ziemię przy szkole zawodowej (gdzie uczę angielskiego), która znajduje się na wzgórzu 15 minut pieszo od domu dyrektorki organizacji. Słońce było bardzo intensywne, więc nie wytrzymaliśmy dłużej, niż kilka godzin. Przez kilka dni potem odczuwałam w moim kręgosłupie i rękach tę pracę, ale teraz to nie ma znaczenia, kiedy widzę jak budynek nowego sierocińca „rośnie w oczach”.

Na początku sierpnia byliśmy na weselu bratanka Faith. Przyjęcie było na kilkaset osób w dwóch miejscach: na terenie restauracji po południu i w ogrodzie przy domu rodziców wieczorem. Było bardzo pięknie. To było chyba najładniejsze przyjęcie weselne, na którym w życiu byłam. Dla Ugandyjczyków ślub jest wydarzeniem życiowym, dlatego organizuje się go z rozmachem, choć ten rozmach zależy oczywiście od zamożności rodziny, która finansuje wesele. Trwa kilka godzin w kościele i potem kilka godzin w restauracji lub na terenie ogrodu w domu rodzinym. Przyjęcie jest tylko z jednym posiłkiem i ciastem. Bez orkiestry, ale za to z wodzirejem, rzadko z tańcem i nie w parach, ale w grupie. Jest to wydarzenie nieco przypominające kulturowo nasze polskie tradycje weselne. Niemniej jednak byliśmy honorowymi gośćmi na tym weselu i jako 18 „Muzungu” zajmowaliśmy zaszczytne miejsca w kościele i na przyjęciach. Nie ma tu zwyczaju pocałunku pary młodych, gdyż całowanie się jest o ogóle „rzadko stosowane” w Ugandzie. Jak dowiedziałam się od Faith, narzeczeni lub małżonkowie raczej się nie całują, czasem rodzice całują dzieci w policzek lub w czoło. Rozumiem więc dlaczego ich tak to bawi, kiedy czasem posyłam całuski dzieciom. Kilka miesięcy przed ślubem spotykają się rodziny narzeczonych. Co ciekawe - nie tylko najbliższa rodzina, lecz również i dalsza rodzina (może być i 25 osób na takim spotkaniu), aby przedyskutować przyjęcie weselne. Na początku uzgadniają cenę za pannę młodą. Nie żartuję! Naprawdę mężczyzna musi zapłacić cenę, którą wyznacza rodzina panny młodej, dlatego w Ugandzie rzadko się zdarza, że młodzi ludzie około 20-25 lat się pobierają. Powodem jest to, że nie mężczyźni po prostu nie mają wystarczająco pieniędzy, aby „kupić” przyszłą żonę. Do rzadkości też należy „chodzenie” dłużej, niż kilka miesięcy. Niekiedy ktoś „poleca” dziewczynę znajomemu, mówiąc na przykład: „znam dziewczynę, która byłaby dobrą żoną dla ciebie”. I taki mężczyzna poznaje tę dziewczynę i jeśli mu się podoba to jej proponuje małżeństwo. Im dziewczyna jest gospodarniejsza i potrafi dobrze zadbać o dom, tym jest większa szansa dla niej wyjść za mąż. Często spotyka się tu małżeństwa „z rozsądku” bez tzw. „romantycznej miłości”. Ugandyjczycy przyjmują, że „miłość przyjdzie później” i tak naprawdę nie zależy od emocji, ale żeby dowieść troskę o rodzinę w praktyce i to jest według nich prawdziwa miłość. Nie uważają też „romantycznej miłości” jako koniecznej do zawarcia małżeństwa. Dowiedziałam się też ostatnio, że niewiele wiedzą o naturalnych metodach planowania rodziny, czy antykoncepcji. Edukacja tego typu wydaje się tu koniecznością, zwłaszcza dla młodych dziewczyn, gdyż wiele z nich „wpada”, choć nie musiałoby i potem niejednokrotnie zostają pozostawione samym sobie. Faith poprosiła mnie o poprowadzenie sesji tego typu w jej szkole zawodowej, okolicznych szkołach średnich i innych centrach pomocy, które prowadzą jej znajomi (obszar jakby jednego województwa). Wygląda więc na to, że przez kolejne miesiące będę bardzo zajęta :)

Na następny dzień po weselu (w niedzielę) pojechaliśmy około 300 km na zachód Ugandy na wycieczkę do Parku Narodowego na safari. Zatrzymaliśmy się tam na jedną noc w pięknym hotelu z elektrycznością i łazienką!!! Nie wyobrażacie sobie jaką radość i wdzięczność można odczuwać za te wynalazki cywilizacji! W pierwszy dzień po południu spędziłam prawie godzinę w wannie, a wieczorem jeszcze wzięłam prysznic, nie mogłam się wręcz nacieszyć tą możliwością, gdyż jak wiecie „prysznic” w wiosce polega na użyciu wody w misce :) Pojechaliśmy też oczywiście na safari, gdzie bezpośrednio z samochodu obserwowaliśmy słonie, antylopy, bawoły, lwy, małpy, ptaki i inne zwierzęta. W poniedziałek byliśmy na rejsie po rzece, aby obserwować hipopotamy i krokodyle. Pogoda była cudowna i wrażenia też. Bardzo byłam szczęśliwa, że nie musiałam ponosić kosztów wycieczki, gdyż ci Amerykanie zapłacili za mnie i za Faith. To niezwykłe z ich strony, gdyż nikt z nich nie jest zamożny. Każdy z nich, aby spędzić 2 tygodnie w Ugandzie jako wolontariusz musiał pracować wyjątkowo ciężko przez ostatnie pół roku, aby zaoszczędzić pieniądze na pokrycie kosztów wyjazdu. Dla wielu wydaje się to nie do pojęcia, że ktoś woli przeznaczyć swoje zaoszczędzone pieniądze na pracę na rzecz ubogich, zamiast spełnić jakieś swoje marzenie.

Wiem, że nikt z nas samotnie nie zapewni wyżywienia i odzieży dla wszystkich biednych w Afryce, czy choćby w Polsce, ale jestem pewna, że powinniśmy zrobić dla biednych chociaż to, co jest w naszej mocy. To wymaga często pewnego poświęcenia i odwagi, które wielu z nas ma w sobie, ale czasem jakoś nie pozwalamy temu wyjść na wierzch z powodu lęków, wygodnictwa lub zwykłego braku współczucia i chęci zaangażowania się. Czasem jesteśmy też zbytnio przytłoczeni naszymi własnymi i rodzinnymi problemami, chorobami, czy frustracjami, żeby się jeszcze interesować sąsiadami w potrzebie lub tym bardziej nieznajomymi w Afryce. Jednakże ja mimo wszystko chcę Was zachęcić do rozejrzenia się wokół, aby zaspokoić czyjąś potrzebę, żeby zostawić po sobie dobry ślad w czyjeś pamięci, że się zainteresowaliśmy, że nie przeszliśmy obojętnie.

Jest historia o pewnej kobiecie, która każdego dnia żebrała pod kościołem. Pewnego dnia ktoś zamiast pieniędzy, dał jej różę. Nigdy już więcej nie widziano tej kobiety żebrzącej pod kościołem. Po kilku latach kobieta ta przyszła do księdza w tej parafii i opowiedziała swoją historię. Wyznała, że ta podarowana róża zmieniła kierunek jej życia, bo była dla niej znakiem, że ktoś potraktował ją jak człowieka, który zasługuje na coś lepszego niż żebranie. Poczuła, że jednak jest coś warta. Wróciła jej nadzieja. Zaczęła więc szukać pracy. Najpierw zaczęła pracować jako kitchen-hand, potem skończyła kurs kucharza i znalazła pracę szefa kuchni w restauracji. Kolejno skończyła kurs cateringu i postanowiła otworzyć własną restaurację. Po kilku latach była właścicielką sieci restauracji. Jej życie zmieniło się przez „drobny” gest pewnej osoby. Słyszałam też inną historię. Pewien mężczyzna pomógł swojej sąsiadce nieść zakupy do domu, kiedy zobaczył, jak się z nimi trudzi, a ona potem zaprosiła go na kawę. Po miłej rozmowie rozstali się przyjaźnie. Przez jakiś czas się nie widzieli. Pewnego dnia spotkali się na ulicy. Kobieta ta powiedziała: „czy wiesz, że tamtego dnia ocaliłeś moje życie?” On zapytał: „w jaki sposób, przecież nie zrobiłem nic szczególnego?” Ona więc wyjaśniła: „wspomnianego dnia planowałam, jak mam się zemścić na mojej znajomej, przez którą straciłam pracę i wymyśliłam naprawdę perfidny plan. Jednakże po rozmowie z tobą postanowiłam jej darować i zostawić tę sprawę sprawiedliwości losu”. Mężczyzna stwierdził: „ale przecież nie rozmawialiśmy na ten temat”. Kobieta odpowiedziała: „wystarczył twój szlachetny gest, abym obudziła się i zobaczyła, że są jeszcze dobrzy ludzie na świecie. Tego dnia postanowiłam bowiem zrobić coś naprawdę podłego, ale twoja serdeczność powstrzymała mnie i ocaliła przed stratą tego, co najcenniejsze: spokoju sumienia”. Jest też opowiadanie o psie, który był zamknięty w pomieszczeniu z lustrami. Pies ten zobaczył „inne psy” wokół siebie i zaczął szczerzyć zęby i warczeć. Wszystkie odbicia sprowokowały go do jeszcze większej wsciekłości, a wystarczyło, żeby pomerdał ogonkiem. Miałam pewną sytuację w Australii, kiedy prowadziłam samochód, że pewna kobieta zajechała mi drogę. Spojrzałam na nią ze złością, a ona na mnie w taki sposób, jakby to nie była jej wina. Po czym uśmiechnęłam się do niej, a ona przepraszająco uśmiechnęła się do mnie i każda odjechała w swoją stronę bez złości. Piszę tu o drobnych gestach, żeby zmienić nasze otoczenie.

Zaczęła się jesień w Polsce: szaro buro, zimno, dziwactwa rządowe, pies sąsiada szczeka całą noc, nie wszystko idzie po naszej myśli, ale ja i tak wierzę, że jesteśmy w stanie znaleźć w sobie wystarczająco wiele serdeczności, żeby ją okazać nieznajomym, wystarczająco wiele współczucia, żeby zostawić po sobie miłe wspomnienie w czyjejś pamięci lub nawet zmienić czyjś los, wystarczająco wiele zaangażowania, aby ożywić czyjąś nadzieję, wystarczająco pieniędzy, aby kupić różę żebraczce...

Rozejrzyjmy się więc wokół siebie, czy możemy coś więcej zrobić dla swoich bliskich, dla swoich przyjaciół lub dla obcych w potrzebie. Zakres tego często nie zależy tylko od naszej zamożności, ale od gotowości serca, talentów, czasu i poświęcenia. Zobaczmy, co możemy zrobić i zróbmy to. Przypomina mi się tu historia mojej koleżanki, która kierowana współczuciem zorganizowała zbiórkę pieniędzy dla kolegi z pracy, który straciwszy wszystko w wyniku pożaru, został tylko z tym, co miał na sobie. Załamał się i nie widział dla siebie wyjścia z tej beznadziejnej sytuacji, gdyż nie miał rodziny, ani przyjaciół, na których mógłby liczyć. Koleżanka ta uzbierała dla niego od swoich znajomych w kilka dni 500 Euro, które wystarczyły na depozyt za wynajęcie mieszkania, aby mógł zacząć od nowa. Płakał z radości, nie dowierzając, że ktoś obcy zrobił coś takiego dla niego. Bowiem osoby, które dały pieniądze, nawet nie znały tego chłopaka. Byłam bardzo zainspirowana i zawstydzona, kiedy ta koleżanka powiedziała mi o tym, bo nie jestem pewna, czy w ogóle jakoś bym zareagowała w podobnej sytuacji.

Czasem mówimy (ja też), gdy widzimy lub słyszymy o kimś w potrzebie: „co ja mogę zrobić?” Jednakże coraz bardziej zaczynam się przekonywać, że możemy wiele, tylko nam się nie chce...

środa, 5 września 2007

Ogólne spostrzeżenia

Poniżej zamieściłam wiele wolnych spostrzeżeń bez jakiegoś szczególnego głównego wątku, ale mam nadzieję, że będzie to dla Was interesujące.

„Briging Hope” ma pod opieką sierociniec z dwudziestoma dziećmi oraz prowadzi szkołę zawodową z internatem dla młodzieży z biednych rodzin. Prowadzi też małą przychodnię z jednym lekarzem, dwoma pielęgniarkami i jednym laborantem. Ostatnio na topie potrzeb pojawiła się bateria słoneczna w domu Faith, bo ciemność każdego dnia po zachodzie słońca (około 19:30) jest przygnębiająca. Mamy „jasno” (nadal jest to półmrok) dzięki kilku lampom oliwnym. Bateria kosztowałaby około $2000. Zresztą marzeniem Faith jest mieć baterie słoneczne również w biurze, w szkole zawodowej i w sierocińcu. Gdybyście zobaczyli warunki życia dzieci w sierocińcu, to sądzę, że ścisnęło by wam się serce. Jest to budynek niewykończony, gorszy niż nasze obory, czy stajnie, gdzie są tylko wstawione łóżka piętrowe. Oczywiście jest ich marzeniem, oprócz baterii słonecznej, mieć nowy budynek i meble, ale organizacja nie ma wystarczająco pieniędzy. Mimo wszystko tryska z tych dzieci wiara w przyszłość oraz wielka wdzięczność „Bringing Hope” za to, że mają dom. Gdyby ona ich nie przygarnęła, żyliby na ulicy, pozostawione samym sobie, kradnąc jedzenie i nie chodząc do szkoły. Zwykle sierotami opiekuje się dalsza rodzina, przygarniając ich do siebie, ale są i tacy, który nie mają żadnej rodziny, która by się nimi zajęła, albo dalsza rodzina nie ma środków finansowych na wyżywienie jeszcze jednej osoby.

Miejscowi są tu bardzo przyjaźni, dzieci stale machają, uśmiechają się i chcą, żeby się z nimi bawić. Dzieci bardzo biedne w brudnych, podartych ubrankach. Tak bardzo mi ich żal i zastanawiam się, co ja mogę dla nich zrobić. Mam kilka pomysłów, ale niektóre wymagają nakładów finansowych, choć stosunkowo niewielkich, ale moje środki są ograniczone. Ceny wielu rzeczy są takie same jak w Polsce. Chciałabym móc dać każdemu dziecku w wiosce kredki i kolorowankę. Tego wielu z nich nawet na oczy nie widziało, nie mówiąc już o zabawkach, bo nie mają ich wcale. Ja, jako „Muzungu” jestem wszędzie bardzo serdecznie przyjmowana. Dzieci w wiosce i dziewczęta w szkole zawodowej stale się do mnie przytulają, jak tylko przychodzę. Nauczyłam się paru wyrażeń w ich języku (Rutoro), co wprawia ich w zachwyt. Nauczyłam ich też przesyłać całuski, co ich strasznie śmieszy i bawi. Muszę się też przełamywać, kiedy wkładają swe brudne ręce w moje ręce, lub kiedy mnie obejmują lepkimi rączkami. Ja zawsze miałam obsesję „czystych rąk”, które starałam się myć tak często, jak mogłam. Tutaj nie mam takiej możliwości, bo czyste ręce po chwili stają się znów brudne, gdyż kurz jest wszędzie.

Kilka dni temu obudziłam się w nocy, gdyż poczułam, że coś łazi po mnie. Był to szczur!!! Nie zareagowałam jak „prawdziwa kobieta” piszcząc, bo nie chciałam obudzić pozostałych domowników, ale wygoniłam go z mojego łóżka i bardzo starannie okryłam się moskitierą. Mieliśmy trzy szczury w domu, ale już je pozbawiliśmy życia. Z innych przygód to przy domu mamy koguta, który budzi nas codziennie około 5:30, piejąc trzy razy co 15 minut. Poza tym przez jakiś czas mieliśmy w domu roczną sierotkę, która często nocy płakała, więc ostatnio trochę niedosypiałam. Jednakże kilka dni temu dostałam zatyczki do uszu, więc już teraz dobrze śpię, aż do 7:00 :)

Ludzie na wsiach utrzymują się głównie z własnych plonów ziemi. Uprawia się tu głównie ziemniaki, słodkie ziemniaki, kasawę (smakuje jak ziemniaki), kapustę, marchew, cebulę, banany słodkie i takie bez smaku (matoki), które po ugotowaniu smakują prawie jak ziemniaki, fasolę, awokado i pomidory. Codziennie jemy fasole, ziemniaki oraz coś takiego jak naleśniki, tylko twardsze i nie słodkie (czapati), ryż, kapustę i czasem inne z wymienionych wyżej oraz czasem mięso, najczęściej wołowinę i wieprzowinę. Z owoców to jemy głównie: banany i ananasy (są bardzo słodkie), papaję oraz coś takiego co nazywa się jackfruit (dżekfrut), ale mi to nie smakuje, ma dziwny smak, jakby zepsuty banan. Poproszono mnie też o ugotowanie czegoś, więc ugotowałam kopytka oraz leczo. Nauczyłam ich też, jak zrobić biały ser z krowiego mleka, który niestety smakował tylko kilku osobom, które potem żartowały, że z tego sera zrobią trutkę na szczury :)

Jest tu mnóstwo potrzeb finansowych. Zauważyłam, że niektóre dziewczyny ze szkoły zawodowej nie maja butów lub zbyt wiele ubrań. Nie noszą biustonoszy, bo nie maja, a „mają czym oddychać”. Wiec myślałam też, żeby im kupić biustonosze, buty, materiały na sukienki, ale nie mam wystarczającej ilości pieniędzy, więc gdyby ktoś z czytających poczuł się zainspirowany do ofiarowania jakieś kwoty na te cele lub inne, proszę o kontakt na maila. Dziewczyny uczą się krawiectwa, wiec mogłyby sobie coś uszyć, co byłoby taniej. Dyrektorka organizacji ma wiele pomysłów, marzeń i wizji, co chciałaby zrobić dla tej społeczności. Mają przyjść jakieś znaczne pieniądze z USA, za które będzie budować nowy budynek dla sierocińca i szpital. Jednym z jej marzeń jest mieć projektor. Gdybyśmy go mieli, można by robić wiele inicjatyw edukacyjnych, głównie w szkołach. W naszej wiosce mieszka około 1000 dorosłych i około 4000 dzieci. Takie proporcje są w większości ugandyjskich wiosek, gdyż jedna rodzina ma średnio pięcioro i więcej dzieci. Szczególnie, że mężczyźni mają czasem oprócz żony inne partnerki seksualne, w związku z czym, jeden mężczyzna może mieć i kilkanaścioro dzieci. Zmierzam do tego, że szkoły podstawowe na wioskach są bardzo liczne, wobec czego organizowanie inicjatyw edukacyjnych w szkołach (szczególnie o temacie AIDS) miałoby ogromny wpływ na młode pokolenie. W grudniu będzie tu konferencja młodzieżowa (ok. 1000-2000 osób). Moglibyśmy mieć niezwykły wpływ na tę młodzież, wyświetlając filmy edukacyjne. Taki projektor kosztowałby około $1500. Czy możecie sobie wyobrazić osoby z wiosek, które cale życie żyją bez elektryczności, telewizorów i komputerów, kina, teatru itp., które nagle mają możliwość dotknąć tego, co dla nas jest codziennością? Procent społeczności ugandyjskiej, która skończyła uniwersytet nie przekracza 20%, szkoły średniej – 40%, kursów zawodowych – 50%. Szkoły podstawowe są rządowe, czyli bezpłatne, ale za kolejne stopnie edukacji trzeba płacić, a ludzie są biedni. Dzieci i młodzież mają też wiele obowiązków po szkole w domu, wiec nie mają nawet czasu, żeby się uczyć. Nie ma sieci wodociągów, więc wodę trzeba nosić ze źródeł. Tak wiec, kończąc podstawówkę, niektórzy nawet nie potrafią dobrze liczyć, nie mówiąc już o innych umiejętnościach. Nie rozwija się tu też specyficznych zdolności dzieci i młodzieży. Marzy mi się użycie projektora także w tym celu (mam parę pomysłów). Dużym problemem jest nieznajomość języka angielskiego, który jest językiem urzędowym. Wobec tego ludzie mają ograniczone możliwości zdobycia pracy. Dlatego cieszę się ogromnie, że jestem w miejscu ich potrzeb: uczę angielskiego 55 osoby ze szkoły zawodowej. Niebawem zacznę uczyć języka angielskiego kilkaset dzieci z dwóch szkół podstawowych jakie mamy w wiosce. Czuję się świetnie w roli nauczycielki, choć dość trudno uczyć tych, którzy nie znają nawet podstaw angielskiego, ale widzę, że jest to możliwe. A moi uczniowie są za to wdzięczni. Dyrektorka (musze kiedyś o niej napisać więcej, gdyż jest niesamowitą osobą), potrzebuje asystentki, bo jest przepracowana. Wobec tego, ze znam się na komputerze oraz znam zasady prowadzenia biura, szkolę jej potencjalne asystentki.
Wśród wolontariuszy, którzy byli tu w lipcu i sierpniu był 25-letni Amerykanin – Travis, który przyjechał do „Bringing Hope” na miesiąc jako wolontariusz w 2004 i po powrocie do domu, zainspirowany przez swe doświadczenia, założył non-profit organizację charytatywną „Global Suport Mission” (zobaczcie stronę internetową http://www.globalsuportmision.com/ są tam filmy i zdjęcia m.in. z mojego obecnego otoczenia). Travis jest tutaj od czerwca, a z Ugandy jedzie do innej organizacji w Kenii w połowie sierpnia. Travis zrezygnował z pracy, aby się poświęcić zdobywaniu funduszy dla takich organizacji jak „Bringing Hope” w wielu biednych krajach w Afryce i Azji oraz wysyłaniu wolontariuszy do tych organizacji. Taka osoba jak on, jest dla mnie wielką zachętą.

Ugandyjczycy, oprócz nadanego im przez rodziców imienia, mają także inne – jedno ze specjalnych 12 imion, które mają specjalne znaczenie. To imię używa młodsza osoba, zwracając się do starszej, gdyż ze względu na respekt, nie może zwracać się do niej po imieniu. Postanowiono więc i mnie nadać specjalne imię i chciano mnie nazwać „Aboli”, co znaczy „ukochane dziecko” (takie imię ma dyrektorka), ale znając kilka z nich, wybrałam sobie „Akiki”, bo podoba mi się jego znaczenie – „zdobywca narodów”. To imię z przeznaczeniem. Wierzę, że są tu dla mnie pola do zdobycia w tym szczególnym miejscu, gdzie się znalazłam.
Czuję się tu dość bezpieczna, a wszyscy się o mnie troszczą i odnoszą z szacunkiem. Cieszę się, że tu jestem i czuję się tu coraz bardziej jak u siebie.

piątek, 31 sierpnia 2007

Pierwsze wrażenia

Przyleciałam do Enteebe w Ugandzie o godzinie 18:45 w poniedziałek 9 lipca. Na lotnisku czekali na mnie przedstawiciele organizacji „Bringing Hope To The Family” Bob i Margaret. Zabrali mnie samochodem do Kampali, stolicy Ugandy, do domu Faith Kaihira założycielki organizacji, gdzie miałam zostać jedną noc. Następnego dnia miały przyjechać trzy inne osoby z Australii i razem mieliśmy jechać do wioski położonej około 250 km na zachód od Kampali. Pierwsza doba w Kampali była ekscytująca. Wszystko było inne i zaskakujące. Również w pewnych negatywnych aspektach. Dom Faith nie ma prądu, a łazienka i kuchnia są bardzo prowizoryczne. Nie ma też bieżącej wody. Miasto pełne kurzu i szalonych kierowców. Ludzie jednak bardzo życzliwi i mili. Temperatura powietrza jest bardzo przyjemna. W dzień od 20 do 35 stopni, w nocy od 15 do 25. Czasem pada, a właściwie leje :) Kiedy deszcz pada to w domu nie słychać, co mówi osoba stojąca obok ciebie.

Następnego dnia po odebraniu z lotniska pozostałej trójki, około 17:00 wyruszyliśmy w drogę. Nie spodziewałam się, że będzie taka długa i męcząca. Zmęczenie i przeziębienie dawały mi się we znaki. Na miejscu byliśmy po 22, gdzie zastaliśmy czekających na nas Faith i dziewczyny z sierocińca, które pomagały przy kolacji. Nie było światła, więc wszystko odbywało się po omacku przy blasku latarek i świec. Brzmi nieźle, ale wcale to nie było takie ekscytujące. Warunki są niełatwe do zaakceptowania przez osoby z tzw. „świata cywilizowanego,” jak np. toaleta na dworze w pomieszczeniu z dziurą w podłodze, brak bieżącej wody. Prysznic więc polegał na otrzymaniu wody w misce i zabraniu tego do innego pomieszczenia, gdzie można było się umyć. Dom Faith w wiosce Kaihura (gdzie będę przebywać przez kolejne 7 miesięcy) to parterowy dom 5-pokojowy z powierzchnią około 80m2, niewykończony, z wieloma łóżkami w każdym niedużym pokoju, wąskim korytarzem i ciasną jadalnią. Oczywiście nie ma tu elektryczności.

Niestety okazało się, że dzieci z sierocińca (w wieku od 2 lat do 13 lat) oraz dziewczęta i chłopcy (w wieku od 14 do 27 lat) ze szkoły zawodowej, które prowadzi organizacja, w większości nie mówią i nie rozumieją po angielsku. Na początku czułam się więc zagubiona i wyizolowana. Przygnębiona również nędzą, którą widziałam dookoła. Takiej biedy nie zobaczycie w najbiedniejszym domu w Polsce. Dzieci noszące 5, 10 litrowe kanistry z wodą ze źródła i chrust na opał, mężczyźni stojący bezczynnie na ulicach, kobiety pracujące ciężko w polu - wszystko to mnie przygnębiało. Powiem szczerze, że płakałam na drugi dzień. Przygnębiona też innymi rzeczami, chciałam się pakować i wracać do Polski. Bardzo trudno było mi się tu odnaleźć, gdyż ta organizacja działa na innych zasadach, niż się spodziewałam. Nie ma tu dla mnie przygotowanego zadania do zrealizowania, raczej muszę znaleźć swoją lukę i ją wypełnić. Gdyby nie fakt, że tak łatwo się nie poddaję, już by mnie tu nie było. Nigdy nie było mi tak ciężko w żadnym przedsięwzięciu, jak na początku mojego pobytu w Ugandzie, a jestem dość wytrzymałą osobą i potrafię znieść wiele.

Po spędzeniu kilku tygodni w organizacji widzę więc kilka opcji działania. Zaczęłam uczyć angielskiego w szkole zawodowej. Mam około 60 studentów. Uczę też Microsoft Office Word i Excel parę osób w biurze organizacji. Pomagam również w biurze, wykonując pewne zadania sekretarskie. Zacznę niebawem uczyć „life skills” w dwóch szkołach podstawowych w wiosce. Razem 2000 dzieci w wieku od 7 do 14 lat. Jest jednak jeszcze inne zadanie, które stoi przede mną – pomoc Faith w napisaniu książki. Faith Filo Kunihira jest bardzo ciekawą osobą, a historia powstania i egzystowania jej organizacji jest jeszcze ciekawsza. Siedem lat temu (miała wtedy 30 lat) Faith zrezygnowała z dobrej pracy (była księgową), gdyż postanowiła wziąć w swoje ręce społeczną odpowiedzialność za sieroty i wdowy oraz chorych w swojej rodzinnej wiosce Kaihura. Zdecydowana większość sierot straciła rodziców z powodu AIDS. Część tych dzieci jest również zarażona HIV.

Niestety statystyki AIDS w Ugandzie są zaniżane. Przed przyjazdem do Ugandy dowiedziałam się ze stron rządowych, że poziom chorych na AIDS jest nie większy niż 15%. W czerwcu „Bringing Hope To The Family” otrzymała pieniądze na przeprowadzenie 1000 testów na HIV. Wśród wszystkich przetestowanych 400 osób było zarażonych HIV! Problem HIV jest nadal wielką bolączką Afryki. Przyczyn jest wiele: niechęć, szczególnie mężczyzn, do poddania się testom, wielożeństwo, brak szerokiej propagandy anty-AIDS, brak właściwej higieny, niski poziom opieki medycznej, a także wiara w czary (niektórzy chorzy na AIDS są traktowani jako osoby, na które ktoś rzucił czary i „leczeni” przez lokalnych czarowników). W lipcu Faith straciła wujka zarażonego HIV z tego właśnie powodu. Przebywał w szpitalu leczony z powodu powikłań, ale rodzina zabrała go po kilku dniach ze szpitala, bo stwierdzili, że czarownik lepiej mu pomoże. Po kilku dniach zmarł. Ja myślałam, że zarażeni HIV są gdzieś tam w głębi wsi. Jak się dowiedziałam, że dzielę dom z zarażoną dziewczyną, a mała dziewczynka, z którą się ostatnio bawiłam, jest też nosicielką wirusa HIV to byłam zszokowana, że HIV jest obok mnie. Nie wystraszyłam się, ale postanowiłam być ostrożniejsza w kontaktach z miejscowymi. Siostra Faith i jej mąż oraz jedna z ich córek mają HIV, wielu jej przyjaciół i członków rodziny umarło z powodu AIDS. Faith powiedziała, że nie mogła już dłużej na to bezczynnie patrzeć, dlatego postanowiła zrobić to, co jest w jej mocy. Założyła stronę internetową dla organizacji, gdzie możecie dowiedzieć się więcej, czym jest ta organizacja http://www.bringinghope.org/ Właśnie w ten sposób znalazłam BHTF, szukając wiarygodnej organizacji w Ugandzie, aby im finansowo pomóc. Nie zarabiałam kroci w Australii, ale postanowiłam się podzielić z tym, co mam, z biednymi. Wiem, że biedni w Afryce, Indiach, czy niektórych krajach Ameryki Południowej, to nie to samo, co biedni w Polsce, USA, czy Australii. Tu ludzie naprawdę nie maja nawet jednej pary butów! Mięso jedzą raz w roku na święta Bożego Narodzenia! Dzieci chodzą czasem pół-nagie, bo nie mają odzieży. Umierają z powodu malarii i innych chorób, na które my mamy szczepionki i lekarstwa. To jest bieda!

Napisałam wcześniej, że tu ludzie często nie mają nawet jednej pary butów, albo mają tylko jedną parę. Wyjeżdżając z Australii wysłałam do Polski co najmniej 8 par butów, które tam kupiłam. Kolejne kilka par mam w Polsce. Do Ugandy przywiozłam 3 pary butów i kupiłam tu jeszcze 2 pary sandałów. Pewna dziewczyna ze szkoły zawodowej zobaczyła moje buty w przedsionku i powiedziała: „czy możesz dać mi jedną parę butów? Te, co mam na sobie są moimi jedynymi butami, jakie mam i jak widzisz, rozlatują się”. Ja zaczęłam się tłumaczyć: „ale jedne buty są na specjalne okazje, jedne półbuty na co dzień, a drugie jak pada deszcz, a jedne sandały do chodzenia po domu, a drugie jak jest ciepło, więc nie mogę ci dać żadnych z moich butów, bo potrzebuję każde z tych par”. Jednakże potem było mi tak bardzo przykro i smutno i nie mogłam myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, że przecież mogę coś dla niej zrobić, więc postanowiłam zdobyć dla niej buty. Miałam też inną tego rodzaju sytuację, kiedy jedna dziewczyna z sierocińca szła boso, choć wcześniej zawsze widziałam ją w butach (tu dzieci prawie zawsze chodzą boso na co dzień, a nawet do szkoły, bo mają (lub nie) tylko jedną parę butów „na specjalne okazje”). Tak więc powiedziałam, chodź ze mną – dam ci moje sandały. Nie zrobiłam nic wielkiego, nadal mam moje kilka par butów, ale zrobiłam, co mogłam. Większość ludzi w wioskach je głównie, czyli 365 dni w roku, posho (ugotowana mąka kukurydziana) i fasolę oraz czasem kapustę jako dzienny posiłek. Dzieci idą często do szkoły bez śniadania. Noszą podarte ubrania, bo często mają tylko parę innych ubrań na „specjalne okazje”. Wiele domów jest pokryte strzechą, choć wiele jest też murowanych, jednakże w zdecydowanej większości domów nie znajdziesz szaf, ani krzeseł, ani stołów, czasem nawet łóżek. Wiele domów nie ma okien szklanych, a tylko drewniane okiennice. Taka sytuacja jest głównie na wioskach, bo w miastach są murowane domy i sytuacja finansowa mieszkańców jest nieco lepsza, jednakże 70% mieszkańców Ugandy mieszka na wsiach.

Pisząc o tutejszej biedzie, moje serce jest poruszone współczuciem i mam wyrzuty sumienia, że może mogłam zrobić więcej dla biednych. Owszem, czasem wrzuciłam do budki Caritasu niepotrzebne ubrania, bo zastąpiłam je innymi nowymi w szafie. Wysłałam z Australii do Polski 50kg rzeczy, a w Polsce mam kolejne 2 kartony ubrań. Ile masz torebek? Ja mam co najmniej 10. Ile masz par spodni? Ja mam co najmniej 15. Ile masz spódnic i bluzek? Ja mam tyle, że nawet nie potrafię ich policzyć. Jest to dla mnie czas, aby się zastanowić nad zakupem kolejnej pary jeansów, kiedy wrócę do Polski. Mam teraz postanowienie dotyczące zmiany mojego podejścia do zakupów. My kobiety mamy z tym problem :) Nie mówię, że mamy chodzić 3 lata w tych samych butach lub nie kupić sobie nowej pary spodni, bo tamte już nam się znudziły (pracujemy, więc zasługujemy, żeby siebie nieco rozpieścić), ale ja wiem po sobie, że często nierozsądnie robiłam zakupy, marnując pieniądze. Czuję, że ten wyjazd do Ugandy zmieni całkowicie moje życie i podejście do wielu spraw.

Jak pisałam, uczę angielskiego w szkole zawodowej. U wielu z was zapewne wzbudzi to uśmiech, gdyż jak wiecie półtora roku temu wyjechałam do Australii z podstawową znajomością angielskiego i zupełną nieumiejętnością mówienia po angielsku. A teraz mam uczyć angielskiego? Mój angielki nadal pozostawia wiele do życzenia, ale postanowiłam się podjąć tego wyzwania z powodu ich potrzeb. Dowiedziałam się, że znajomość angielskiego pozwoli im dostać jakąkolwiek pracę. Wiele osób zatrzymuje się na poziomie szkoły podstawowej, gdyż począwszy od szkoły średniej za edukację trzeba płacić, a zdecydowanej większości na to nie stać. Niektórzy nawet nigdy nie poszli do szkoły, gdyż ich rodziców nie było stać na zapłacenie za przybory szkolne. Brak wyedukowanych ludzi tylko pogłębia biedę i wiarę w zabobony. Organizacja Faith zapewnia materiały szkolne dla 1400 sierot z okolicy, ale nie ma wystarczającej ilości pieniędzy na zapłacenie za szkoły średnie dla dzieci. Jest jedynie kilkoro dzieci, które mają ufundowane stypendia przez prywatne osoby głównie z USA. Może ktoś z was chciałaby ufundować stypendium dla jakiegoś dziecka tutaj? Mamy tu bazę kilku tysięcy dzieci, które marzą o wykształceniu. Chcą być lekarzami, nauczycielami, mechanikami, krawcowymi, policjantami, itp. Opłata miesięczna (rok lub dwa) za szkołę zawodową to $30, za szkołę średnią, studium i studia od $50. Nie tak wiele, a może zmienić nie tylko życie jednego dziecka, ale życie całej rodziny, gdyż bardzo często taka osoba, po skończeniu szkoły, gdy zaczyna pracować, sponsoruje naukę kolejnego członka rodziny, tak sobie tu pomagają. Cała rodzina pracuje na opłacenie studiów jednego dziecka, które potem jak zacznie zawodowo pracować, opłaca szkołę braci i sióstr, a jak wiecie rodziny w Afryce są bardzo liczne.

Mam jeszcze wiele do napisania w tym temacie, a także o organizacji „Bringing Hope do The Family”, ale przy pierwszym poście nie chcę was zanudzić. Następnym razem rozwinę parę tematów z tego posta oraz napiszę również o innych sprawach, gdyż w ciągu minionych dwóch miesięcy wiele się wydarzyło.