Dlaczego założyłam bloga

W lipcu 2007 znalazłam się w Ugandzie, aby pracować jako wolontariusz. Było to moim marzeniem od wielu lat, jednakże nigdy wcześniej nie miałam możliwości, aby się ziściło. Koszty mojego przyjazdu i pobytu na prawie 9 miesięcy to około $8000, jednakże wartość realizacji marzenia nie jest przeliczalna na $$$. Wielu moich przyjaciół w Polsce i w Australii pomogło mi finansowo, abym mogła się tu znaleźć, za co jestem im bardzo wdzięczna. Na tym blogu będę umieszczać wrażenia z mojego pobytu i pracy jako wolontariusz w organizacji "Bringing Hope To The Family".


Bieżące informacje z misji w Ugandzie (2010-2013):

czwartek, 1 listopada 2007

Introduction, czyli oświadczyny


Dziś Dzień Wszystkich Świętych. Tęskni mi się za tą atmosferą na polskich cmentarzach, zadumą nad życiem i śmiercią. Dobrze, że jest taki dzień w roku, kiedy się zatrzymujemy w pędzie naszego życia, aby pomyśleć, ile z tego, co robimy ma sens i jaki ślad zostawimy swoim życiem. Wszyscy znamy ten wiersz księdza Twardowskiego „śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Kiedy jesteśmy zapracowani i zabiegani nie mamy czasu dla siebie nawzajem i zaniedbujemy naszych bliskich i przyjaciół. Czas jest afrykańskim bogactwem narodowym. Myślę, że po powrocie do Polski będzie mi brakować tej atmosfery „czasu, który stoi w miejscu”. Oczywiście nie dla mnie… Wszyscy się tu ze mnie śmieją, że jestem prawdziwa „Muzungu” i nie da się mnie przerobić na afrykańską dziewczynę. Ja jestem zawsze w pośpiechu, starając się być wszędzie i najlepiej jak potrafię, wykonać to, co mam do zrobienia. Niestety jestem perfekcjonistką, co jest okropnym utrudnieniem w godzeniu się na afrykańskie standardy :) Mam tu wiele obowiązków, często niedosypiam i niedojadam, ale satysfakcja z pracy na rzecz ubogich, przerasta każdą ofiarę, jaką tu ponoszę, rezygnując z wygody życia na „Zachodzie”. Jeszcze pięć miesięcy mi pozostało do powrotu do domu. Jednocześnie nie mogę się doczekać powrotu do Polski (żeby zobaczyć się z rodziną i przyjaciółmi, zjeść ciasto, bo ciasta nie jadłam od 4 miesięcy, jak tu jestem, nie pieką tu ciast :) a jako słodycz jedzą trzcinę cukrową; zjeść bigosik i pierogi; pojechać w Tatry), ale z drugiej strony to również robi mi się przykro na myśl o opuszczeniu tego miejsca.

Obiecałam pisać o miejscowej kulturze, więc dziś mam do napisania coś ciekawego na ten temat. W ubiegły weekend Faith zabrała mnie na tzw. „introduction”, czym jest wizyta narzeczonego w domu narzeczonej i oficjalne poproszenie rodziców o zgodę na poślubienie dziewczyny, czyli nasze „oświadczyny”. Muszę dodać, że miałam na sobie regionalny strój regionu Tooro i wzbudzałam ogólną sensację. Miałam dodatkowo piękną srebrną torebkę i śliczne srebrne buty. Tego rodzaju dobrze skompletowany strój jest zwykle w posiadaniu każdej kobiety w Ugandzie. Mój strój był pożyczony od znajomej Faith. Niełatwo mi było się w nim poruszać, gdyż miałam specjalną halkę, następnie ciężką spódnicę, a na tym specjalną sukienkę i jeszcze pewną tkaninę, która zastosowaniem przypominała płaszczyk, ale też specjalnie musiałam go nosić, odsłaniając jedno ramię, a zakrywając drugie. Muszę przyznać, że było to nie lada sztuką, ale pod koniec dnia doszłam do perfekcji :)

„Introduction” odbywa się to z rozmachem i właściwie każdy z wioski może przyjść, gdyż jest to czymś w rodzaju przedstawienia. Istotną kwestią jest wynajęcie osób, które będą przemawiać w imieniu narzeczonego oraz rodziny panny młodej. Z tego względu, że Faith była po stronie pana młodego, to dla nas wszystko zaczęło się w domu pana młodego w piątek w południe. Skąd wszyscy ładnie ubrani, panowie w specjalnych tunikach, a panie w tych szczególnych sukienkach, wyruszyliśmy do miejsca przeznaczenia. Było to w sąsiedniej wiosce, więc pojechaliśmy samochodami. Było nas koło 50 osób. W pewnej odległości od domu narzeczonej musieliśmy się zatrzymać i czekać na znak, kiedy wszystko będzie gotowe na nasze pojawienie się. Czekaliśmy na drodze około godziny! W końcu dotarliśmy na podwórko, gdzie ustawiliśmy się w szczególnego rodzaju „procesję” z narzeczonym na przedzie. Podwórze było bardzo ładnie udekorowane z trzema namiotami, jednym dla rodziny narzeczonej, jednym dla strony narzeczonego i jednym dla ogółu. W czasie całej ceremonii tylko reprezentanci rodzin wymieniali z sobą uwagi. Reprezentanci rodzin są często wybierani spośród najbardziej szanowanych osób w wiosce. Reprezentant narzeczonego musiał przyjść i na specjalnej macie uklęknąć przed rodziną narzeczonej, wymieniając grzecznościowe pozdrowienia. Następnie wybrane osoby, te najbardziej szanowne z otoczenia narzeczonego zostały zaproszone do wejścia do domu narzeczonej. Dodam tylko, że narzeczona była ukryta w domu prawie do samego końca „introduction”. Nie jest wskazane jej pojawienie się przed właściwym czasem. Szczęśliwie, jako Muzungu, znalazłam się w gronie kilkorga wybranych, aby wejść do domu narzeczonej. Tam tradycyjnie zostaliśmy ugoszczeni kawą i mlekiem. Przeniosły je młode dziewczyny bardzo ładnie ubrane w specjalne sukienki. Następnie wycofały się idąc tyłem, gdyż według tutejszej kultury nie godzi się odwracać plecami do osoby, której należy się szacunek z powodu pozycji społecznej. Podczas jakiś 15 minut spędzonych we wnętrzu domu praktycznie nie rozmawiano. Następnie wolniutko wyszliśmy na zewnątrz i zajęliśmy nasze miejsca.

Kolejno reprezentanci zaczęli wymieniać pewne uwagi oraz przeszli do ustalania ceny za narzeczoną. Nie pomyliłam się: ceny! Tak więc nasza narzeczona była naprawdę droga, wiele krów i kóz poszło na nią. Nie obyło się bez targowania. Narzeczony miał przygotowane pieniądze, gdyż z przyczyn organizacyjnych, zwykle nie daje się zwierząt hodowlanych. Następnie określono ile skrzynek piwa i innych napojów powinien przekazać narzeczony w czasie „introduction”. Całe te dyskusje trwały około dwóch godzin. Następnie zaczęło się przedstawienie, które polegało na znalezieniu narzeczonej. Najpierw weszły cztery młodziutkie dziewczęta niosąc dzbanki i kosze na głowach. Narzeczony musiał powiedzieć, czy wśród nich znajduje się narzeczona. Jeśli jej tam nie było to powinien był dać im pieniądze. Oczywiście narzeczony się nie ruszał ze swego miejsca, lecz wszystko robił za niego reprezentant. Kolejno przyszły cztery inne dziewczyny, ubrane w tradycyjne stroje, lecz i tam nie było narzeczonej. Ostatecznie pojawiło się pięć innych dziewczyn, wśród których narzeczony rozpoznał swoją wybrankę, do której podszedł, zawieszając jej korale na szyi. Oboje jednak nie wymienili się ani słowem, a ona nie mogła mu nawet spojrzeć prosto w oczy, bo według tutejszej kultury kobiety nie powinny patrzeć prosto w oczy mężczyznom.

Następnie pozostałe dziewczyny wróciły do wnętrza domu, a narzeczona podeszła do narzeczonego, który siedział na krześle i przypięła mu specjalną ozdobę do marynarki, wyrażając w ten sposób swoją zgodę na małżeństwo. Potem wróciła do wnętrza domu. Reprezentanci rodzin wymienili się jeszcze pewnymi uwagami, po czym zaproszono nas na obiad, który składał się z regionalnych potraw, które zresztą bardzo lubię. Było już po piątej, a ja od śniadania nic nie jadłam, nie mogłam się więc doczekać posiłku. Po obiedzie doszło jeszcze do pewnych dyskusji, po czym „introduction” zostało oficjalnie zamknięte. Oczywiście mam wiele zdjęć z tego wydarzenia, które niebawem wyślę mailem wszystkim moim znajomym, gdyż całe to wydarzenie wydaje mi się to czymś ogromnie ciekawym. Może kiedyś na naszych polskich wsiach oświadczyny wyglądały podobnie? Natomiast na ślubie w Ugandzie już byłam i wygląda dość podobnie jak w Polsce, tyle że w kościele Msza lub nabożeństwo (zależy od kościoła) trwa kilka godzin!!! Kto by u nas tyle wysiedział? A dla nich to coś normalnego. Następnie odbywa się przyjęcie, tyle tylko, że tylko para młodych i najbliższa rodzina siedzi przy stole, a pozostali na krzesłach. Jest serwowany tylko jeden posiłek i jest oficjalne krojenie ciasta przez parę młodych i karmienie siebie nawzajem. Następnie każdy z gości otrzymuje okruszek ciasta. Naprawdę! Mały kawałeczek bierze się bezpośrednio na rękę. Podobnie jak z oświadczynami, na wesele może przyjść każdy z wioski. Niektórzy tak chodzą od „introduction” do „introduction” i od wesela do wesela, żeby się rozerwać :) Po cieście czasem są tańce, a czasem jakieś przedstawienia. Niemniej jednak jest to wydarzenie dość ciekawe, szczególnie stroje. Kobiety noszą piękne sukienki, a mężczyźni specjalne tuniki.

To tyle na temat ugandyjskiej kultury oświadczyn i ślubu. Trzymam się dzielnie i cały czas nie poddaję się trudnościom, choć jest ich niemało! Nastała pora deszczowa i codziennie pada przez kilka godzin, czasem po południu, czasem rano. Drogi są bardzo błotniste, tak że często mi się buty zapadają :) A więc mam w nich mokro :) W nocy jest tak zimno, że śpię pod trzema kocami! Aż mi się wstyd robi, bo dzieci w HomeAgain śpią tylko pod jednym kocem, ale jestem ogromnie podekscytowana na samą myśl, że już za niecały miesiąc przeniosą się do swojego nowego, pięknego domu, gdzie będą sufity i drzwi, więc będą mieć cieplej. Wszystkim, którzy wspierają projekt „Nowy Dom Dziecka – Nowa Nadzieja” dziękuję w imieniu dyrektorki „Bringing Hope” – Faith Kunihira oraz dzieci z domu dziecka!

Brak komentarzy: