Dlaczego założyłam bloga

W lipcu 2007 znalazłam się w Ugandzie, aby pracować jako wolontariusz. Było to moim marzeniem od wielu lat, jednakże nigdy wcześniej nie miałam możliwości, aby się ziściło. Koszty mojego przyjazdu i pobytu na prawie 9 miesięcy to około $8000, jednakże wartość realizacji marzenia nie jest przeliczalna na $$$. Wielu moich przyjaciół w Polsce i w Australii pomogło mi finansowo, abym mogła się tu znaleźć, za co jestem im bardzo wdzięczna. Na tym blogu będę umieszczać wrażenia z mojego pobytu i pracy jako wolontariusz w organizacji "Bringing Hope To The Family".


Bieżące informacje z misji w Ugandzie (2010-2013):

niedziela, 18 listopada 2007

Do czego służy bęben


Mam trochę zaległości w postach i choć wiele się dzieje, nie mam wystarczająco czasu, aby o wszystkim pisać :( Tym, co teraz ogromnie mnie zajmuje jest sprawa projektu „Nowy Dom Dziecka – Nowa Nadzieja”. Dzieje się wiele w tym względzie i widzę jak moja wizja się realizuje, gdyż pieniądze napływają stopniowo wąskimi strumieniami, również od osób, których osobiście nie znam. W chwili obecnej mamy już 60% środków! Jestem tym taka podekscytowana, gdyż jest to już prawie pewne, że Święta Bożego Narodzenia nasze sieroty będą świętować w swoim nowym domu.

W ubiegłą niedzielę poszłam do tego nowego budynku, aby zobaczyć jak się prace posuwają i spotkałam tam kilkoro dzieci z domu dziecka, debatujących jak ich nowy dom będzie wyglądać i co będzie w tym pomieszczeniu, gdzie rozmawiali, a stali w pokoju dziennym. Więc zaczęłam ich oprowadzać po tym domu i wyjaśniać, co gdzie będzie. Ich radość była niewypowiedziana. Kiedy wyszłam z budynku to się popłakałam, gdyż wydaje mi się to czymś tak wspaniałym, że moi przyjaciele, rodzina oraz osoby, których osobiście nie znam, są zaangażowani w dziele zapewnienia lepszych życiowych warunków tym dzieciom, lecz nie tylko do tego. Wierzę bowiem, że wraz z tym nowym, pięknym domem przyjdzie i nowa nadzieja co do ich lepszej przyszłości.

Ten nowy dom jest też dla mnie osobiście pewnego rodzaju cudem. Jeśli się bowiem otwierają nasze portfele, aby się dzielić z biednymi, jeśli porzucamy nasz lęk o „wystarczająco pieniędzy na jutro”, jeśli decydujemy się wyjść poza nasz naturalny sposób kalkulacji zysków i strat, czyż to nie jest cud?

Jestem również pod wrażeniem zaufania ludzi do mnie. Przecież niektórzy z Was mnie osobiście nie znają. Jak więc to się dzieje, że decydujecie się zaufać obcej osobie i przekazać swoje pieniądze? Bóg mi jest świadkiem, że każda przekazana przez Was złotówka pójdzie na cel realizacji projektu. Mam jakieś takie przekonanie w sercu, że przyjdzie nawet więcej niż 25 tys. na ten cel. Zastanawiałam się, co zrobię z tą nadwyżką. Mam już pomysł na pewien biznes dla domu dziecka, z którego profit pozwoliłby urozmaicić ich posiłki (jak wiecie jedzą prawie codziennie to samo: posho, fasolę i kapustę) oraz zapewnić zaspokojenie innych podstawowych potrzeb. Dzienne finansowe zapotrzebowanie domu dziecka na zaspokojenie podstawowych potrzeb dla 34 osób to około 300 zł. Czyli około 9 zł na osobę. W to wchodzą trzy posiłki dziennie oraz środki czystości, nadwyżka poszłaby na buty i odzież. W chwili obecnej dom dziecka otrzymuje mniej niż 100 zł dziennie. Jak oni mają żyć za taką kwotę? Dobrze, że uprawiają swoje warzywa i mają kury (jajka) oraz krowy (mleko), bo inaczej byłoby im trudno przetrwać.

Mimo życia w tak skromnych warunkach te dzieci nie tracą radości życia, gdyż w innym wypadku byłyby bezdomne, a w tych okolicznościach mają zapewniony dach nad głową i chociaż jakieś jedzenie. Ostatnio widziałam dziecko odrabiające zadanie domowe na bębnie na dworze przy domu dziecka!!! Taki widok porusza serce i sprawia, że rodzi się jakiś bunt na to, że dzieci w naszym kraju mają wszystkiego pod dostatkiem, a te tutaj nie mają nawet stołu z krzesłem, że usiąść i odrobić zadanie. Pisałam kiedyś, że największą potrzebą Afryki jest edukacja. Jeśli dzieci nie mają nawet warunków do nauki (co ma miejsce w większości domów na ugandyjskich wioskach), to jakiego postępu oczekujemy od tego młodego pokolenia? Mimo bycia sierotami i mimo życia w takich skromnych warunkach „nasze dzieci” z domu dziecka mają nienajgorsze stopnie w szkole. Kiedyś modliliśmy się za dzieci w kościele i prawie każde dziecko, które podchodziło do ołtarza miało jedną intencję: „o mądrość i zdolność do nauki”. Tym bardziej ekscytuje mnie fakt, że w nowym domu te dzieci będą miały stoły i krzesła w swoich pokojach, a oprócz tego pokój lekcyjny z biblioteką, gdzie będą mogły odrabiać lekcje.

Obserwując życie codzienne Ugandyjczyków oraz sposób ich podejścia do pewnych spraw, niejednokrotnie jestem rozczarowana, gdyż brak wiedzy ogromnie ich ogranicza, nawet w prostych sprawach. Rzeczy, które nam by zajęły parę godzin – im zabierają cały dzień z powodu pewnego rodzaju ograniczenia umysłowego – niezdolności do kreatywnego rozwiązywania problemów. Pewnego dnia zostawiono stół w korytarzu organizacji na przejściu przy drzwiach. Każdy się potykał o ten stół, ale nikt nie wpadł na to, aby go nieco przesunąć! Ja to widziałam od samego początku, ale nic nie mówiłam, czekając kiedy się ktoś wpadnie na pomysł rozwiązania tego problemu. Przez kilka godzin nic się nie zmieniło! W końcu nie wytrzymałam i poprosiłam kogoś o przesunięcie tego stołu. Podobnie było z krzesłem innego dnia, które zostawiłam w taki sposób, że blokowało całkowite otwarcie drzwi do biura i przez pewien czas każdy się przeciskał, zamiast to krzesło ustawić w inny sposób. Dodam tylko, że Faith nie było wtedy w biurze. Ona, jako dyrektorka organizacji, jest absolutnie wyjątkowa pod każdym względem. Uważam też, że rozwój Afryki nastąpi poprzez darmowy dostęp do edukacji. W innej sytuacji, choćby i mnóstwo wolontariuszy tu przyjechało, tylko w małym stopniu przyczynimy się do rozwoju. Chodzi o to, aby to sami mieszkańcy Afryki poprzez edukację zostali mentalnie i umiejętnościowo wyposażeni do pobudzenia rozwoju swoich krajów.

Dziękuję wszystkim, którzy przyłączają się do grona osób wspierających projekt wykończenia nowego domu dziecka. Dziękuję za Waszą wrażliwość na potrzeby biednych i za Wasze zaufanie. Są organizacje charytatywne, które biorą dla siebie 10% każdych niezdeklarowanych pieniędzy i ponoć jest to akceptowalne. Ja jednak nigdy bym tego nie zrobiła. Nie potrzebuję niczyich pieniędzy oprócz moich własnych. Choć nie mam ich zbyt wiele, to mam wystarczająco. Najważniejszą moją potrzebą są pieniądze na paliwo do generatora, aby mieć dostęp do Internetu. Chwała Bogu, bo do grudnia nie muszę się martwić, czy mi na to wystarczy, gdyż ostatnio troje moich przyjaciół przysłało na moje potrzeby do Ugandy!

Często nie dosypiam i czasem niedojadam, ale satysfakcja z pracy misyjnej wynagradza mi każde poświęcenie i trud. To doświadczenie pobudza mnie do cieszenia się małymi rzeczami i daje mi większą wrażliwość na potrzeby ludzi wokół mnie. Dziękuję Wam, że chcecie być częścią mojej „przygody” poprzez czytanie mojego bloga i wspieranie projektu nowego domu dziecka.

czwartek, 1 listopada 2007

Introduction, czyli oświadczyny


Dziś Dzień Wszystkich Świętych. Tęskni mi się za tą atmosferą na polskich cmentarzach, zadumą nad życiem i śmiercią. Dobrze, że jest taki dzień w roku, kiedy się zatrzymujemy w pędzie naszego życia, aby pomyśleć, ile z tego, co robimy ma sens i jaki ślad zostawimy swoim życiem. Wszyscy znamy ten wiersz księdza Twardowskiego „śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Kiedy jesteśmy zapracowani i zabiegani nie mamy czasu dla siebie nawzajem i zaniedbujemy naszych bliskich i przyjaciół. Czas jest afrykańskim bogactwem narodowym. Myślę, że po powrocie do Polski będzie mi brakować tej atmosfery „czasu, który stoi w miejscu”. Oczywiście nie dla mnie… Wszyscy się tu ze mnie śmieją, że jestem prawdziwa „Muzungu” i nie da się mnie przerobić na afrykańską dziewczynę. Ja jestem zawsze w pośpiechu, starając się być wszędzie i najlepiej jak potrafię, wykonać to, co mam do zrobienia. Niestety jestem perfekcjonistką, co jest okropnym utrudnieniem w godzeniu się na afrykańskie standardy :) Mam tu wiele obowiązków, często niedosypiam i niedojadam, ale satysfakcja z pracy na rzecz ubogich, przerasta każdą ofiarę, jaką tu ponoszę, rezygnując z wygody życia na „Zachodzie”. Jeszcze pięć miesięcy mi pozostało do powrotu do domu. Jednocześnie nie mogę się doczekać powrotu do Polski (żeby zobaczyć się z rodziną i przyjaciółmi, zjeść ciasto, bo ciasta nie jadłam od 4 miesięcy, jak tu jestem, nie pieką tu ciast :) a jako słodycz jedzą trzcinę cukrową; zjeść bigosik i pierogi; pojechać w Tatry), ale z drugiej strony to również robi mi się przykro na myśl o opuszczeniu tego miejsca.

Obiecałam pisać o miejscowej kulturze, więc dziś mam do napisania coś ciekawego na ten temat. W ubiegły weekend Faith zabrała mnie na tzw. „introduction”, czym jest wizyta narzeczonego w domu narzeczonej i oficjalne poproszenie rodziców o zgodę na poślubienie dziewczyny, czyli nasze „oświadczyny”. Muszę dodać, że miałam na sobie regionalny strój regionu Tooro i wzbudzałam ogólną sensację. Miałam dodatkowo piękną srebrną torebkę i śliczne srebrne buty. Tego rodzaju dobrze skompletowany strój jest zwykle w posiadaniu każdej kobiety w Ugandzie. Mój strój był pożyczony od znajomej Faith. Niełatwo mi było się w nim poruszać, gdyż miałam specjalną halkę, następnie ciężką spódnicę, a na tym specjalną sukienkę i jeszcze pewną tkaninę, która zastosowaniem przypominała płaszczyk, ale też specjalnie musiałam go nosić, odsłaniając jedno ramię, a zakrywając drugie. Muszę przyznać, że było to nie lada sztuką, ale pod koniec dnia doszłam do perfekcji :)

„Introduction” odbywa się to z rozmachem i właściwie każdy z wioski może przyjść, gdyż jest to czymś w rodzaju przedstawienia. Istotną kwestią jest wynajęcie osób, które będą przemawiać w imieniu narzeczonego oraz rodziny panny młodej. Z tego względu, że Faith była po stronie pana młodego, to dla nas wszystko zaczęło się w domu pana młodego w piątek w południe. Skąd wszyscy ładnie ubrani, panowie w specjalnych tunikach, a panie w tych szczególnych sukienkach, wyruszyliśmy do miejsca przeznaczenia. Było to w sąsiedniej wiosce, więc pojechaliśmy samochodami. Było nas koło 50 osób. W pewnej odległości od domu narzeczonej musieliśmy się zatrzymać i czekać na znak, kiedy wszystko będzie gotowe na nasze pojawienie się. Czekaliśmy na drodze około godziny! W końcu dotarliśmy na podwórko, gdzie ustawiliśmy się w szczególnego rodzaju „procesję” z narzeczonym na przedzie. Podwórze było bardzo ładnie udekorowane z trzema namiotami, jednym dla rodziny narzeczonej, jednym dla strony narzeczonego i jednym dla ogółu. W czasie całej ceremonii tylko reprezentanci rodzin wymieniali z sobą uwagi. Reprezentanci rodzin są często wybierani spośród najbardziej szanowanych osób w wiosce. Reprezentant narzeczonego musiał przyjść i na specjalnej macie uklęknąć przed rodziną narzeczonej, wymieniając grzecznościowe pozdrowienia. Następnie wybrane osoby, te najbardziej szanowne z otoczenia narzeczonego zostały zaproszone do wejścia do domu narzeczonej. Dodam tylko, że narzeczona była ukryta w domu prawie do samego końca „introduction”. Nie jest wskazane jej pojawienie się przed właściwym czasem. Szczęśliwie, jako Muzungu, znalazłam się w gronie kilkorga wybranych, aby wejść do domu narzeczonej. Tam tradycyjnie zostaliśmy ugoszczeni kawą i mlekiem. Przeniosły je młode dziewczyny bardzo ładnie ubrane w specjalne sukienki. Następnie wycofały się idąc tyłem, gdyż według tutejszej kultury nie godzi się odwracać plecami do osoby, której należy się szacunek z powodu pozycji społecznej. Podczas jakiś 15 minut spędzonych we wnętrzu domu praktycznie nie rozmawiano. Następnie wolniutko wyszliśmy na zewnątrz i zajęliśmy nasze miejsca.

Kolejno reprezentanci zaczęli wymieniać pewne uwagi oraz przeszli do ustalania ceny za narzeczoną. Nie pomyliłam się: ceny! Tak więc nasza narzeczona była naprawdę droga, wiele krów i kóz poszło na nią. Nie obyło się bez targowania. Narzeczony miał przygotowane pieniądze, gdyż z przyczyn organizacyjnych, zwykle nie daje się zwierząt hodowlanych. Następnie określono ile skrzynek piwa i innych napojów powinien przekazać narzeczony w czasie „introduction”. Całe te dyskusje trwały około dwóch godzin. Następnie zaczęło się przedstawienie, które polegało na znalezieniu narzeczonej. Najpierw weszły cztery młodziutkie dziewczęta niosąc dzbanki i kosze na głowach. Narzeczony musiał powiedzieć, czy wśród nich znajduje się narzeczona. Jeśli jej tam nie było to powinien był dać im pieniądze. Oczywiście narzeczony się nie ruszał ze swego miejsca, lecz wszystko robił za niego reprezentant. Kolejno przyszły cztery inne dziewczyny, ubrane w tradycyjne stroje, lecz i tam nie było narzeczonej. Ostatecznie pojawiło się pięć innych dziewczyn, wśród których narzeczony rozpoznał swoją wybrankę, do której podszedł, zawieszając jej korale na szyi. Oboje jednak nie wymienili się ani słowem, a ona nie mogła mu nawet spojrzeć prosto w oczy, bo według tutejszej kultury kobiety nie powinny patrzeć prosto w oczy mężczyznom.

Następnie pozostałe dziewczyny wróciły do wnętrza domu, a narzeczona podeszła do narzeczonego, który siedział na krześle i przypięła mu specjalną ozdobę do marynarki, wyrażając w ten sposób swoją zgodę na małżeństwo. Potem wróciła do wnętrza domu. Reprezentanci rodzin wymienili się jeszcze pewnymi uwagami, po czym zaproszono nas na obiad, który składał się z regionalnych potraw, które zresztą bardzo lubię. Było już po piątej, a ja od śniadania nic nie jadłam, nie mogłam się więc doczekać posiłku. Po obiedzie doszło jeszcze do pewnych dyskusji, po czym „introduction” zostało oficjalnie zamknięte. Oczywiście mam wiele zdjęć z tego wydarzenia, które niebawem wyślę mailem wszystkim moim znajomym, gdyż całe to wydarzenie wydaje mi się to czymś ogromnie ciekawym. Może kiedyś na naszych polskich wsiach oświadczyny wyglądały podobnie? Natomiast na ślubie w Ugandzie już byłam i wygląda dość podobnie jak w Polsce, tyle że w kościele Msza lub nabożeństwo (zależy od kościoła) trwa kilka godzin!!! Kto by u nas tyle wysiedział? A dla nich to coś normalnego. Następnie odbywa się przyjęcie, tyle tylko, że tylko para młodych i najbliższa rodzina siedzi przy stole, a pozostali na krzesłach. Jest serwowany tylko jeden posiłek i jest oficjalne krojenie ciasta przez parę młodych i karmienie siebie nawzajem. Następnie każdy z gości otrzymuje okruszek ciasta. Naprawdę! Mały kawałeczek bierze się bezpośrednio na rękę. Podobnie jak z oświadczynami, na wesele może przyjść każdy z wioski. Niektórzy tak chodzą od „introduction” do „introduction” i od wesela do wesela, żeby się rozerwać :) Po cieście czasem są tańce, a czasem jakieś przedstawienia. Niemniej jednak jest to wydarzenie dość ciekawe, szczególnie stroje. Kobiety noszą piękne sukienki, a mężczyźni specjalne tuniki.

To tyle na temat ugandyjskiej kultury oświadczyn i ślubu. Trzymam się dzielnie i cały czas nie poddaję się trudnościom, choć jest ich niemało! Nastała pora deszczowa i codziennie pada przez kilka godzin, czasem po południu, czasem rano. Drogi są bardzo błotniste, tak że często mi się buty zapadają :) A więc mam w nich mokro :) W nocy jest tak zimno, że śpię pod trzema kocami! Aż mi się wstyd robi, bo dzieci w HomeAgain śpią tylko pod jednym kocem, ale jestem ogromnie podekscytowana na samą myśl, że już za niecały miesiąc przeniosą się do swojego nowego, pięknego domu, gdzie będą sufity i drzwi, więc będą mieć cieplej. Wszystkim, którzy wspierają projekt „Nowy Dom Dziecka – Nowa Nadzieja” dziękuję w imieniu dyrektorki „Bringing Hope” – Faith Kunihira oraz dzieci z domu dziecka!