Dlaczego założyłam bloga

W lipcu 2007 znalazłam się w Ugandzie, aby pracować jako wolontariusz. Było to moim marzeniem od wielu lat, jednakże nigdy wcześniej nie miałam możliwości, aby się ziściło. Koszty mojego przyjazdu i pobytu na prawie 9 miesięcy to około $8000, jednakże wartość realizacji marzenia nie jest przeliczalna na $$$. Wielu moich przyjaciół w Polsce i w Australii pomogło mi finansowo, abym mogła się tu znaleźć, za co jestem im bardzo wdzięczna. Na tym blogu będę umieszczać wrażenia z mojego pobytu i pracy jako wolontariusz w organizacji "Bringing Hope To The Family".


Bieżące informacje z misji w Ugandzie (2010-2013):

piątek, 31 sierpnia 2007

Pierwsze wrażenia

Przyleciałam do Enteebe w Ugandzie o godzinie 18:45 w poniedziałek 9 lipca. Na lotnisku czekali na mnie przedstawiciele organizacji „Bringing Hope To The Family” Bob i Margaret. Zabrali mnie samochodem do Kampali, stolicy Ugandy, do domu Faith Kaihira założycielki organizacji, gdzie miałam zostać jedną noc. Następnego dnia miały przyjechać trzy inne osoby z Australii i razem mieliśmy jechać do wioski położonej około 250 km na zachód od Kampali. Pierwsza doba w Kampali była ekscytująca. Wszystko było inne i zaskakujące. Również w pewnych negatywnych aspektach. Dom Faith nie ma prądu, a łazienka i kuchnia są bardzo prowizoryczne. Nie ma też bieżącej wody. Miasto pełne kurzu i szalonych kierowców. Ludzie jednak bardzo życzliwi i mili. Temperatura powietrza jest bardzo przyjemna. W dzień od 20 do 35 stopni, w nocy od 15 do 25. Czasem pada, a właściwie leje :) Kiedy deszcz pada to w domu nie słychać, co mówi osoba stojąca obok ciebie.

Następnego dnia po odebraniu z lotniska pozostałej trójki, około 17:00 wyruszyliśmy w drogę. Nie spodziewałam się, że będzie taka długa i męcząca. Zmęczenie i przeziębienie dawały mi się we znaki. Na miejscu byliśmy po 22, gdzie zastaliśmy czekających na nas Faith i dziewczyny z sierocińca, które pomagały przy kolacji. Nie było światła, więc wszystko odbywało się po omacku przy blasku latarek i świec. Brzmi nieźle, ale wcale to nie było takie ekscytujące. Warunki są niełatwe do zaakceptowania przez osoby z tzw. „świata cywilizowanego,” jak np. toaleta na dworze w pomieszczeniu z dziurą w podłodze, brak bieżącej wody. Prysznic więc polegał na otrzymaniu wody w misce i zabraniu tego do innego pomieszczenia, gdzie można było się umyć. Dom Faith w wiosce Kaihura (gdzie będę przebywać przez kolejne 7 miesięcy) to parterowy dom 5-pokojowy z powierzchnią około 80m2, niewykończony, z wieloma łóżkami w każdym niedużym pokoju, wąskim korytarzem i ciasną jadalnią. Oczywiście nie ma tu elektryczności.

Niestety okazało się, że dzieci z sierocińca (w wieku od 2 lat do 13 lat) oraz dziewczęta i chłopcy (w wieku od 14 do 27 lat) ze szkoły zawodowej, które prowadzi organizacja, w większości nie mówią i nie rozumieją po angielsku. Na początku czułam się więc zagubiona i wyizolowana. Przygnębiona również nędzą, którą widziałam dookoła. Takiej biedy nie zobaczycie w najbiedniejszym domu w Polsce. Dzieci noszące 5, 10 litrowe kanistry z wodą ze źródła i chrust na opał, mężczyźni stojący bezczynnie na ulicach, kobiety pracujące ciężko w polu - wszystko to mnie przygnębiało. Powiem szczerze, że płakałam na drugi dzień. Przygnębiona też innymi rzeczami, chciałam się pakować i wracać do Polski. Bardzo trudno było mi się tu odnaleźć, gdyż ta organizacja działa na innych zasadach, niż się spodziewałam. Nie ma tu dla mnie przygotowanego zadania do zrealizowania, raczej muszę znaleźć swoją lukę i ją wypełnić. Gdyby nie fakt, że tak łatwo się nie poddaję, już by mnie tu nie było. Nigdy nie było mi tak ciężko w żadnym przedsięwzięciu, jak na początku mojego pobytu w Ugandzie, a jestem dość wytrzymałą osobą i potrafię znieść wiele.

Po spędzeniu kilku tygodni w organizacji widzę więc kilka opcji działania. Zaczęłam uczyć angielskiego w szkole zawodowej. Mam około 60 studentów. Uczę też Microsoft Office Word i Excel parę osób w biurze organizacji. Pomagam również w biurze, wykonując pewne zadania sekretarskie. Zacznę niebawem uczyć „life skills” w dwóch szkołach podstawowych w wiosce. Razem 2000 dzieci w wieku od 7 do 14 lat. Jest jednak jeszcze inne zadanie, które stoi przede mną – pomoc Faith w napisaniu książki. Faith Filo Kunihira jest bardzo ciekawą osobą, a historia powstania i egzystowania jej organizacji jest jeszcze ciekawsza. Siedem lat temu (miała wtedy 30 lat) Faith zrezygnowała z dobrej pracy (była księgową), gdyż postanowiła wziąć w swoje ręce społeczną odpowiedzialność za sieroty i wdowy oraz chorych w swojej rodzinnej wiosce Kaihura. Zdecydowana większość sierot straciła rodziców z powodu AIDS. Część tych dzieci jest również zarażona HIV.

Niestety statystyki AIDS w Ugandzie są zaniżane. Przed przyjazdem do Ugandy dowiedziałam się ze stron rządowych, że poziom chorych na AIDS jest nie większy niż 15%. W czerwcu „Bringing Hope To The Family” otrzymała pieniądze na przeprowadzenie 1000 testów na HIV. Wśród wszystkich przetestowanych 400 osób było zarażonych HIV! Problem HIV jest nadal wielką bolączką Afryki. Przyczyn jest wiele: niechęć, szczególnie mężczyzn, do poddania się testom, wielożeństwo, brak szerokiej propagandy anty-AIDS, brak właściwej higieny, niski poziom opieki medycznej, a także wiara w czary (niektórzy chorzy na AIDS są traktowani jako osoby, na które ktoś rzucił czary i „leczeni” przez lokalnych czarowników). W lipcu Faith straciła wujka zarażonego HIV z tego właśnie powodu. Przebywał w szpitalu leczony z powodu powikłań, ale rodzina zabrała go po kilku dniach ze szpitala, bo stwierdzili, że czarownik lepiej mu pomoże. Po kilku dniach zmarł. Ja myślałam, że zarażeni HIV są gdzieś tam w głębi wsi. Jak się dowiedziałam, że dzielę dom z zarażoną dziewczyną, a mała dziewczynka, z którą się ostatnio bawiłam, jest też nosicielką wirusa HIV to byłam zszokowana, że HIV jest obok mnie. Nie wystraszyłam się, ale postanowiłam być ostrożniejsza w kontaktach z miejscowymi. Siostra Faith i jej mąż oraz jedna z ich córek mają HIV, wielu jej przyjaciół i członków rodziny umarło z powodu AIDS. Faith powiedziała, że nie mogła już dłużej na to bezczynnie patrzeć, dlatego postanowiła zrobić to, co jest w jej mocy. Założyła stronę internetową dla organizacji, gdzie możecie dowiedzieć się więcej, czym jest ta organizacja http://www.bringinghope.org/ Właśnie w ten sposób znalazłam BHTF, szukając wiarygodnej organizacji w Ugandzie, aby im finansowo pomóc. Nie zarabiałam kroci w Australii, ale postanowiłam się podzielić z tym, co mam, z biednymi. Wiem, że biedni w Afryce, Indiach, czy niektórych krajach Ameryki Południowej, to nie to samo, co biedni w Polsce, USA, czy Australii. Tu ludzie naprawdę nie maja nawet jednej pary butów! Mięso jedzą raz w roku na święta Bożego Narodzenia! Dzieci chodzą czasem pół-nagie, bo nie mają odzieży. Umierają z powodu malarii i innych chorób, na które my mamy szczepionki i lekarstwa. To jest bieda!

Napisałam wcześniej, że tu ludzie często nie mają nawet jednej pary butów, albo mają tylko jedną parę. Wyjeżdżając z Australii wysłałam do Polski co najmniej 8 par butów, które tam kupiłam. Kolejne kilka par mam w Polsce. Do Ugandy przywiozłam 3 pary butów i kupiłam tu jeszcze 2 pary sandałów. Pewna dziewczyna ze szkoły zawodowej zobaczyła moje buty w przedsionku i powiedziała: „czy możesz dać mi jedną parę butów? Te, co mam na sobie są moimi jedynymi butami, jakie mam i jak widzisz, rozlatują się”. Ja zaczęłam się tłumaczyć: „ale jedne buty są na specjalne okazje, jedne półbuty na co dzień, a drugie jak pada deszcz, a jedne sandały do chodzenia po domu, a drugie jak jest ciepło, więc nie mogę ci dać żadnych z moich butów, bo potrzebuję każde z tych par”. Jednakże potem było mi tak bardzo przykro i smutno i nie mogłam myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, że przecież mogę coś dla niej zrobić, więc postanowiłam zdobyć dla niej buty. Miałam też inną tego rodzaju sytuację, kiedy jedna dziewczyna z sierocińca szła boso, choć wcześniej zawsze widziałam ją w butach (tu dzieci prawie zawsze chodzą boso na co dzień, a nawet do szkoły, bo mają (lub nie) tylko jedną parę butów „na specjalne okazje”). Tak więc powiedziałam, chodź ze mną – dam ci moje sandały. Nie zrobiłam nic wielkiego, nadal mam moje kilka par butów, ale zrobiłam, co mogłam. Większość ludzi w wioskach je głównie, czyli 365 dni w roku, posho (ugotowana mąka kukurydziana) i fasolę oraz czasem kapustę jako dzienny posiłek. Dzieci idą często do szkoły bez śniadania. Noszą podarte ubrania, bo często mają tylko parę innych ubrań na „specjalne okazje”. Wiele domów jest pokryte strzechą, choć wiele jest też murowanych, jednakże w zdecydowanej większości domów nie znajdziesz szaf, ani krzeseł, ani stołów, czasem nawet łóżek. Wiele domów nie ma okien szklanych, a tylko drewniane okiennice. Taka sytuacja jest głównie na wioskach, bo w miastach są murowane domy i sytuacja finansowa mieszkańców jest nieco lepsza, jednakże 70% mieszkańców Ugandy mieszka na wsiach.

Pisząc o tutejszej biedzie, moje serce jest poruszone współczuciem i mam wyrzuty sumienia, że może mogłam zrobić więcej dla biednych. Owszem, czasem wrzuciłam do budki Caritasu niepotrzebne ubrania, bo zastąpiłam je innymi nowymi w szafie. Wysłałam z Australii do Polski 50kg rzeczy, a w Polsce mam kolejne 2 kartony ubrań. Ile masz torebek? Ja mam co najmniej 10. Ile masz par spodni? Ja mam co najmniej 15. Ile masz spódnic i bluzek? Ja mam tyle, że nawet nie potrafię ich policzyć. Jest to dla mnie czas, aby się zastanowić nad zakupem kolejnej pary jeansów, kiedy wrócę do Polski. Mam teraz postanowienie dotyczące zmiany mojego podejścia do zakupów. My kobiety mamy z tym problem :) Nie mówię, że mamy chodzić 3 lata w tych samych butach lub nie kupić sobie nowej pary spodni, bo tamte już nam się znudziły (pracujemy, więc zasługujemy, żeby siebie nieco rozpieścić), ale ja wiem po sobie, że często nierozsądnie robiłam zakupy, marnując pieniądze. Czuję, że ten wyjazd do Ugandy zmieni całkowicie moje życie i podejście do wielu spraw.

Jak pisałam, uczę angielskiego w szkole zawodowej. U wielu z was zapewne wzbudzi to uśmiech, gdyż jak wiecie półtora roku temu wyjechałam do Australii z podstawową znajomością angielskiego i zupełną nieumiejętnością mówienia po angielsku. A teraz mam uczyć angielskiego? Mój angielki nadal pozostawia wiele do życzenia, ale postanowiłam się podjąć tego wyzwania z powodu ich potrzeb. Dowiedziałam się, że znajomość angielskiego pozwoli im dostać jakąkolwiek pracę. Wiele osób zatrzymuje się na poziomie szkoły podstawowej, gdyż począwszy od szkoły średniej za edukację trzeba płacić, a zdecydowanej większości na to nie stać. Niektórzy nawet nigdy nie poszli do szkoły, gdyż ich rodziców nie było stać na zapłacenie za przybory szkolne. Brak wyedukowanych ludzi tylko pogłębia biedę i wiarę w zabobony. Organizacja Faith zapewnia materiały szkolne dla 1400 sierot z okolicy, ale nie ma wystarczającej ilości pieniędzy na zapłacenie za szkoły średnie dla dzieci. Jest jedynie kilkoro dzieci, które mają ufundowane stypendia przez prywatne osoby głównie z USA. Może ktoś z was chciałaby ufundować stypendium dla jakiegoś dziecka tutaj? Mamy tu bazę kilku tysięcy dzieci, które marzą o wykształceniu. Chcą być lekarzami, nauczycielami, mechanikami, krawcowymi, policjantami, itp. Opłata miesięczna (rok lub dwa) za szkołę zawodową to $30, za szkołę średnią, studium i studia od $50. Nie tak wiele, a może zmienić nie tylko życie jednego dziecka, ale życie całej rodziny, gdyż bardzo często taka osoba, po skończeniu szkoły, gdy zaczyna pracować, sponsoruje naukę kolejnego członka rodziny, tak sobie tu pomagają. Cała rodzina pracuje na opłacenie studiów jednego dziecka, które potem jak zacznie zawodowo pracować, opłaca szkołę braci i sióstr, a jak wiecie rodziny w Afryce są bardzo liczne.

Mam jeszcze wiele do napisania w tym temacie, a także o organizacji „Bringing Hope do The Family”, ale przy pierwszym poście nie chcę was zanudzić. Następnym razem rozwinę parę tematów z tego posta oraz napiszę również o innych sprawach, gdyż w ciągu minionych dwóch miesięcy wiele się wydarzyło.

1 komentarz:

Unknown pisze...

Wielkie jest to co robisz. Powodzenia !!!
Bede sledzila Twoja historie.
Zapraszam do mnie
www.nawygnaniu.eblog.pl