Poniżej zamieściłam wiele wolnych spostrzeżeń bez jakiegoś szczególnego głównego wątku, ale mam nadzieję, że będzie to dla Was interesujące.
„Briging Hope” ma pod opieką sierociniec z dwudziestoma dziećmi oraz prowadzi szkołę zawodową z internatem dla młodzieży z biednych rodzin. Prowadzi też małą przychodnię z jednym lekarzem, dwoma pielęgniarkami i jednym laborantem. Ostatnio na topie potrzeb pojawiła się bateria słoneczna w domu Faith, bo ciemność każdego dnia po zachodzie słońca (około 19:30) jest przygnębiająca. Mamy „jasno” (nadal jest to półmrok) dzięki kilku lampom oliwnym. Bateria kosztowałaby około $2000. Zresztą marzeniem Faith jest mieć baterie słoneczne również w biurze, w szkole zawodowej i w sierocińcu. Gdybyście zobaczyli warunki życia dzieci w sierocińcu, to sądzę, że ścisnęło by wam się serce. Jest to budynek niewykończony, gorszy niż nasze obory, czy stajnie, gdzie są tylko wstawione łóżka piętrowe. Oczywiście jest ich marzeniem, oprócz baterii słonecznej, mieć nowy budynek i meble, ale organizacja nie ma wystarczająco pieniędzy. Mimo wszystko tryska z tych dzieci wiara w przyszłość oraz wielka wdzięczność „Bringing Hope” za to, że mają dom. Gdyby ona ich nie przygarnęła, żyliby na ulicy, pozostawione samym sobie, kradnąc jedzenie i nie chodząc do szkoły. Zwykle sierotami opiekuje się dalsza rodzina, przygarniając ich do siebie, ale są i tacy, który nie mają żadnej rodziny, która by się nimi zajęła, albo dalsza rodzina nie ma środków finansowych na wyżywienie jeszcze jednej osoby.
Miejscowi są tu bardzo przyjaźni, dzieci stale machają, uśmiechają się i chcą, żeby się z nimi bawić. Dzieci bardzo biedne w brudnych, podartych ubrankach. Tak bardzo mi ich żal i zastanawiam się, co ja mogę dla nich zrobić. Mam kilka pomysłów, ale niektóre wymagają nakładów finansowych, choć stosunkowo niewielkich, ale moje środki są ograniczone. Ceny wielu rzeczy są takie same jak w Polsce. Chciałabym móc dać każdemu dziecku w wiosce kredki i kolorowankę. Tego wielu z nich nawet na oczy nie widziało, nie mówiąc już o zabawkach, bo nie mają ich wcale. Ja, jako „Muzungu” jestem wszędzie bardzo serdecznie przyjmowana. Dzieci w wiosce i dziewczęta w szkole zawodowej stale się do mnie przytulają, jak tylko przychodzę. Nauczyłam się paru wyrażeń w ich języku (Rutoro), co wprawia ich w zachwyt. Nauczyłam ich też przesyłać całuski, co ich strasznie śmieszy i bawi. Muszę się też przełamywać, kiedy wkładają swe brudne ręce w moje ręce, lub kiedy mnie obejmują lepkimi rączkami. Ja zawsze miałam obsesję „czystych rąk”, które starałam się myć tak często, jak mogłam. Tutaj nie mam takiej możliwości, bo czyste ręce po chwili stają się znów brudne, gdyż kurz jest wszędzie.
Kilka dni temu obudziłam się w nocy, gdyż poczułam, że coś łazi po mnie. Był to szczur!!! Nie zareagowałam jak „prawdziwa kobieta” piszcząc, bo nie chciałam obudzić pozostałych domowników, ale wygoniłam go z mojego łóżka i bardzo starannie okryłam się moskitierą. Mieliśmy trzy szczury w domu, ale już je pozbawiliśmy życia. Z innych przygód to przy domu mamy koguta, który budzi nas codziennie około 5:30, piejąc trzy razy co 15 minut. Poza tym przez jakiś czas mieliśmy w domu roczną sierotkę, która często nocy płakała, więc ostatnio trochę niedosypiałam. Jednakże kilka dni temu dostałam zatyczki do uszu, więc już teraz dobrze śpię, aż do 7:00 :)
Ludzie na wsiach utrzymują się głównie z własnych plonów ziemi. Uprawia się tu głównie ziemniaki, słodkie ziemniaki, kasawę (smakuje jak ziemniaki), kapustę, marchew, cebulę, banany słodkie i takie bez smaku (matoki), które po ugotowaniu smakują prawie jak ziemniaki, fasolę, awokado i pomidory. Codziennie jemy fasole, ziemniaki oraz coś takiego jak naleśniki, tylko twardsze i nie słodkie (czapati), ryż, kapustę i czasem inne z wymienionych wyżej oraz czasem mięso, najczęściej wołowinę i wieprzowinę. Z owoców to jemy głównie: banany i ananasy (są bardzo słodkie), papaję oraz coś takiego co nazywa się jackfruit (dżekfrut), ale mi to nie smakuje, ma dziwny smak, jakby zepsuty banan. Poproszono mnie też o ugotowanie czegoś, więc ugotowałam kopytka oraz leczo. Nauczyłam ich też, jak zrobić biały ser z krowiego mleka, który niestety smakował tylko kilku osobom, które potem żartowały, że z tego sera zrobią trutkę na szczury :)
Jest tu mnóstwo potrzeb finansowych. Zauważyłam, że niektóre dziewczyny ze szkoły zawodowej nie maja butów lub zbyt wiele ubrań. Nie noszą biustonoszy, bo nie maja, a „mają czym oddychać”. Wiec myślałam też, żeby im kupić biustonosze, buty, materiały na sukienki, ale nie mam wystarczającej ilości pieniędzy, więc gdyby ktoś z czytających poczuł się zainspirowany do ofiarowania jakieś kwoty na te cele lub inne, proszę o kontakt na maila. Dziewczyny uczą się krawiectwa, wiec mogłyby sobie coś uszyć, co byłoby taniej. Dyrektorka organizacji ma wiele pomysłów, marzeń i wizji, co chciałaby zrobić dla tej społeczności. Mają przyjść jakieś znaczne pieniądze z USA, za które będzie budować nowy budynek dla sierocińca i szpital. Jednym z jej marzeń jest mieć projektor. Gdybyśmy go mieli, można by robić wiele inicjatyw edukacyjnych, głównie w szkołach. W naszej wiosce mieszka około 1000 dorosłych i około 4000 dzieci. Takie proporcje są w większości ugandyjskich wiosek, gdyż jedna rodzina ma średnio pięcioro i więcej dzieci. Szczególnie, że mężczyźni mają czasem oprócz żony inne partnerki seksualne, w związku z czym, jeden mężczyzna może mieć i kilkanaścioro dzieci. Zmierzam do tego, że szkoły podstawowe na wioskach są bardzo liczne, wobec czego organizowanie inicjatyw edukacyjnych w szkołach (szczególnie o temacie AIDS) miałoby ogromny wpływ na młode pokolenie. W grudniu będzie tu konferencja młodzieżowa (ok. 1000-2000 osób). Moglibyśmy mieć niezwykły wpływ na tę młodzież, wyświetlając filmy edukacyjne. Taki projektor kosztowałby około $1500. Czy możecie sobie wyobrazić osoby z wiosek, które cale życie żyją bez elektryczności, telewizorów i komputerów, kina, teatru itp., które nagle mają możliwość dotknąć tego, co dla nas jest codziennością? Procent społeczności ugandyjskiej, która skończyła uniwersytet nie przekracza 20%, szkoły średniej – 40%, kursów zawodowych – 50%. Szkoły podstawowe są rządowe, czyli bezpłatne, ale za kolejne stopnie edukacji trzeba płacić, a ludzie są biedni. Dzieci i młodzież mają też wiele obowiązków po szkole w domu, wiec nie mają nawet czasu, żeby się uczyć. Nie ma sieci wodociągów, więc wodę trzeba nosić ze źródeł. Tak wiec, kończąc podstawówkę, niektórzy nawet nie potrafią dobrze liczyć, nie mówiąc już o innych umiejętnościach. Nie rozwija się tu też specyficznych zdolności dzieci i młodzieży. Marzy mi się użycie projektora także w tym celu (mam parę pomysłów). Dużym problemem jest nieznajomość języka angielskiego, który jest językiem urzędowym. Wobec tego ludzie mają ograniczone możliwości zdobycia pracy. Dlatego cieszę się ogromnie, że jestem w miejscu ich potrzeb: uczę angielskiego 55 osoby ze szkoły zawodowej. Niebawem zacznę uczyć języka angielskiego kilkaset dzieci z dwóch szkół podstawowych jakie mamy w wiosce. Czuję się świetnie w roli nauczycielki, choć dość trudno uczyć tych, którzy nie znają nawet podstaw angielskiego, ale widzę, że jest to możliwe. A moi uczniowie są za to wdzięczni. Dyrektorka (musze kiedyś o niej napisać więcej, gdyż jest niesamowitą osobą), potrzebuje asystentki, bo jest przepracowana. Wobec tego, ze znam się na komputerze oraz znam zasady prowadzenia biura, szkolę jej potencjalne asystentki.
Wśród wolontariuszy, którzy byli tu w lipcu i sierpniu był 25-letni Amerykanin – Travis, który przyjechał do „Bringing Hope” na miesiąc jako wolontariusz w 2004 i po powrocie do domu, zainspirowany przez swe doświadczenia, założył non-profit organizację charytatywną „Global Suport Mission” (zobaczcie stronę internetową http://www.globalsuportmision.com/ są tam filmy i zdjęcia m.in. z mojego obecnego otoczenia). Travis jest tutaj od czerwca, a z Ugandy jedzie do innej organizacji w Kenii w połowie sierpnia. Travis zrezygnował z pracy, aby się poświęcić zdobywaniu funduszy dla takich organizacji jak „Bringing Hope” w wielu biednych krajach w Afryce i Azji oraz wysyłaniu wolontariuszy do tych organizacji. Taka osoba jak on, jest dla mnie wielką zachętą.
„Briging Hope” ma pod opieką sierociniec z dwudziestoma dziećmi oraz prowadzi szkołę zawodową z internatem dla młodzieży z biednych rodzin. Prowadzi też małą przychodnię z jednym lekarzem, dwoma pielęgniarkami i jednym laborantem. Ostatnio na topie potrzeb pojawiła się bateria słoneczna w domu Faith, bo ciemność każdego dnia po zachodzie słońca (około 19:30) jest przygnębiająca. Mamy „jasno” (nadal jest to półmrok) dzięki kilku lampom oliwnym. Bateria kosztowałaby około $2000. Zresztą marzeniem Faith jest mieć baterie słoneczne również w biurze, w szkole zawodowej i w sierocińcu. Gdybyście zobaczyli warunki życia dzieci w sierocińcu, to sądzę, że ścisnęło by wam się serce. Jest to budynek niewykończony, gorszy niż nasze obory, czy stajnie, gdzie są tylko wstawione łóżka piętrowe. Oczywiście jest ich marzeniem, oprócz baterii słonecznej, mieć nowy budynek i meble, ale organizacja nie ma wystarczająco pieniędzy. Mimo wszystko tryska z tych dzieci wiara w przyszłość oraz wielka wdzięczność „Bringing Hope” za to, że mają dom. Gdyby ona ich nie przygarnęła, żyliby na ulicy, pozostawione samym sobie, kradnąc jedzenie i nie chodząc do szkoły. Zwykle sierotami opiekuje się dalsza rodzina, przygarniając ich do siebie, ale są i tacy, który nie mają żadnej rodziny, która by się nimi zajęła, albo dalsza rodzina nie ma środków finansowych na wyżywienie jeszcze jednej osoby.
Miejscowi są tu bardzo przyjaźni, dzieci stale machają, uśmiechają się i chcą, żeby się z nimi bawić. Dzieci bardzo biedne w brudnych, podartych ubrankach. Tak bardzo mi ich żal i zastanawiam się, co ja mogę dla nich zrobić. Mam kilka pomysłów, ale niektóre wymagają nakładów finansowych, choć stosunkowo niewielkich, ale moje środki są ograniczone. Ceny wielu rzeczy są takie same jak w Polsce. Chciałabym móc dać każdemu dziecku w wiosce kredki i kolorowankę. Tego wielu z nich nawet na oczy nie widziało, nie mówiąc już o zabawkach, bo nie mają ich wcale. Ja, jako „Muzungu” jestem wszędzie bardzo serdecznie przyjmowana. Dzieci w wiosce i dziewczęta w szkole zawodowej stale się do mnie przytulają, jak tylko przychodzę. Nauczyłam się paru wyrażeń w ich języku (Rutoro), co wprawia ich w zachwyt. Nauczyłam ich też przesyłać całuski, co ich strasznie śmieszy i bawi. Muszę się też przełamywać, kiedy wkładają swe brudne ręce w moje ręce, lub kiedy mnie obejmują lepkimi rączkami. Ja zawsze miałam obsesję „czystych rąk”, które starałam się myć tak często, jak mogłam. Tutaj nie mam takiej możliwości, bo czyste ręce po chwili stają się znów brudne, gdyż kurz jest wszędzie.
Kilka dni temu obudziłam się w nocy, gdyż poczułam, że coś łazi po mnie. Był to szczur!!! Nie zareagowałam jak „prawdziwa kobieta” piszcząc, bo nie chciałam obudzić pozostałych domowników, ale wygoniłam go z mojego łóżka i bardzo starannie okryłam się moskitierą. Mieliśmy trzy szczury w domu, ale już je pozbawiliśmy życia. Z innych przygód to przy domu mamy koguta, który budzi nas codziennie około 5:30, piejąc trzy razy co 15 minut. Poza tym przez jakiś czas mieliśmy w domu roczną sierotkę, która często nocy płakała, więc ostatnio trochę niedosypiałam. Jednakże kilka dni temu dostałam zatyczki do uszu, więc już teraz dobrze śpię, aż do 7:00 :)
Ludzie na wsiach utrzymują się głównie z własnych plonów ziemi. Uprawia się tu głównie ziemniaki, słodkie ziemniaki, kasawę (smakuje jak ziemniaki), kapustę, marchew, cebulę, banany słodkie i takie bez smaku (matoki), które po ugotowaniu smakują prawie jak ziemniaki, fasolę, awokado i pomidory. Codziennie jemy fasole, ziemniaki oraz coś takiego jak naleśniki, tylko twardsze i nie słodkie (czapati), ryż, kapustę i czasem inne z wymienionych wyżej oraz czasem mięso, najczęściej wołowinę i wieprzowinę. Z owoców to jemy głównie: banany i ananasy (są bardzo słodkie), papaję oraz coś takiego co nazywa się jackfruit (dżekfrut), ale mi to nie smakuje, ma dziwny smak, jakby zepsuty banan. Poproszono mnie też o ugotowanie czegoś, więc ugotowałam kopytka oraz leczo. Nauczyłam ich też, jak zrobić biały ser z krowiego mleka, który niestety smakował tylko kilku osobom, które potem żartowały, że z tego sera zrobią trutkę na szczury :)
Jest tu mnóstwo potrzeb finansowych. Zauważyłam, że niektóre dziewczyny ze szkoły zawodowej nie maja butów lub zbyt wiele ubrań. Nie noszą biustonoszy, bo nie maja, a „mają czym oddychać”. Wiec myślałam też, żeby im kupić biustonosze, buty, materiały na sukienki, ale nie mam wystarczającej ilości pieniędzy, więc gdyby ktoś z czytających poczuł się zainspirowany do ofiarowania jakieś kwoty na te cele lub inne, proszę o kontakt na maila. Dziewczyny uczą się krawiectwa, wiec mogłyby sobie coś uszyć, co byłoby taniej. Dyrektorka organizacji ma wiele pomysłów, marzeń i wizji, co chciałaby zrobić dla tej społeczności. Mają przyjść jakieś znaczne pieniądze z USA, za które będzie budować nowy budynek dla sierocińca i szpital. Jednym z jej marzeń jest mieć projektor. Gdybyśmy go mieli, można by robić wiele inicjatyw edukacyjnych, głównie w szkołach. W naszej wiosce mieszka około 1000 dorosłych i około 4000 dzieci. Takie proporcje są w większości ugandyjskich wiosek, gdyż jedna rodzina ma średnio pięcioro i więcej dzieci. Szczególnie, że mężczyźni mają czasem oprócz żony inne partnerki seksualne, w związku z czym, jeden mężczyzna może mieć i kilkanaścioro dzieci. Zmierzam do tego, że szkoły podstawowe na wioskach są bardzo liczne, wobec czego organizowanie inicjatyw edukacyjnych w szkołach (szczególnie o temacie AIDS) miałoby ogromny wpływ na młode pokolenie. W grudniu będzie tu konferencja młodzieżowa (ok. 1000-2000 osób). Moglibyśmy mieć niezwykły wpływ na tę młodzież, wyświetlając filmy edukacyjne. Taki projektor kosztowałby około $1500. Czy możecie sobie wyobrazić osoby z wiosek, które cale życie żyją bez elektryczności, telewizorów i komputerów, kina, teatru itp., które nagle mają możliwość dotknąć tego, co dla nas jest codziennością? Procent społeczności ugandyjskiej, która skończyła uniwersytet nie przekracza 20%, szkoły średniej – 40%, kursów zawodowych – 50%. Szkoły podstawowe są rządowe, czyli bezpłatne, ale za kolejne stopnie edukacji trzeba płacić, a ludzie są biedni. Dzieci i młodzież mają też wiele obowiązków po szkole w domu, wiec nie mają nawet czasu, żeby się uczyć. Nie ma sieci wodociągów, więc wodę trzeba nosić ze źródeł. Tak wiec, kończąc podstawówkę, niektórzy nawet nie potrafią dobrze liczyć, nie mówiąc już o innych umiejętnościach. Nie rozwija się tu też specyficznych zdolności dzieci i młodzieży. Marzy mi się użycie projektora także w tym celu (mam parę pomysłów). Dużym problemem jest nieznajomość języka angielskiego, który jest językiem urzędowym. Wobec tego ludzie mają ograniczone możliwości zdobycia pracy. Dlatego cieszę się ogromnie, że jestem w miejscu ich potrzeb: uczę angielskiego 55 osoby ze szkoły zawodowej. Niebawem zacznę uczyć języka angielskiego kilkaset dzieci z dwóch szkół podstawowych jakie mamy w wiosce. Czuję się świetnie w roli nauczycielki, choć dość trudno uczyć tych, którzy nie znają nawet podstaw angielskiego, ale widzę, że jest to możliwe. A moi uczniowie są za to wdzięczni. Dyrektorka (musze kiedyś o niej napisać więcej, gdyż jest niesamowitą osobą), potrzebuje asystentki, bo jest przepracowana. Wobec tego, ze znam się na komputerze oraz znam zasady prowadzenia biura, szkolę jej potencjalne asystentki.
Wśród wolontariuszy, którzy byli tu w lipcu i sierpniu był 25-letni Amerykanin – Travis, który przyjechał do „Bringing Hope” na miesiąc jako wolontariusz w 2004 i po powrocie do domu, zainspirowany przez swe doświadczenia, założył non-profit organizację charytatywną „Global Suport Mission” (zobaczcie stronę internetową http://www.globalsuportmision.com/ są tam filmy i zdjęcia m.in. z mojego obecnego otoczenia). Travis jest tutaj od czerwca, a z Ugandy jedzie do innej organizacji w Kenii w połowie sierpnia. Travis zrezygnował z pracy, aby się poświęcić zdobywaniu funduszy dla takich organizacji jak „Bringing Hope” w wielu biednych krajach w Afryce i Azji oraz wysyłaniu wolontariuszy do tych organizacji. Taka osoba jak on, jest dla mnie wielką zachętą.
Ugandyjczycy, oprócz nadanego im przez rodziców imienia, mają także inne – jedno ze specjalnych 12 imion, które mają specjalne znaczenie. To imię używa młodsza osoba, zwracając się do starszej, gdyż ze względu na respekt, nie może zwracać się do niej po imieniu. Postanowiono więc i mnie nadać specjalne imię i chciano mnie nazwać „Aboli”, co znaczy „ukochane dziecko” (takie imię ma dyrektorka), ale znając kilka z nich, wybrałam sobie „Akiki”, bo podoba mi się jego znaczenie – „zdobywca narodów”. To imię z przeznaczeniem. Wierzę, że są tu dla mnie pola do zdobycia w tym szczególnym miejscu, gdzie się znalazłam.
Czuję się tu dość bezpieczna, a wszyscy się o mnie troszczą i odnoszą z szacunkiem. Cieszę się, że tu jestem i czuję się tu coraz bardziej jak u siebie.
2 komentarze:
Hej Honia. Link, ktory podalas w tym wpisie do strony Global Support Mission nie dziala. Mysle, ze prawidlowy adrs tej strony to:
http://www.globalsupportmission.com/front.php
Pozdrawiam.
Prześlij komentarz